dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3323630 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Nasz kresowy dom nad Hukiem, Smolanką i Łopuszanką". Opracowanie zbiorowe pod redakcją Antoniego Worobca. Zielona Góra 2000.


Kufer Morawskich cz.2




No więc ja na tatka słowa złego nie powiem, że mnie tak pilnujo. Jak byliśmy ewakuowani do Krysowic koło Mościsk, tam w siedemnastym roku Hanka się urodziła, to tatko uczyli mnie czytać, bo do szkoły nie sposobna było, żeby mnie posłać ze względu na wojnę. Podpisać tylko się umiem, ale za to wszystki książki, co mi siostry z klasztoru pożyczyli, przeczytałam. W tym Trylogię całą, Żywoty Świętych i Rycerza Niepokalanej, co go prenumerujemy.

Tak rozmyślając, szła Rózia Kusiaczka do Bzowic. Ile sił w płucach, że echo po całym gościńcu niosło, śpiewała najstarszą i najsmutniejszą podolską piosenkę o kochaniu:

Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna
Jak różowy kwiat
Oczy zapłakała, serce załamała
Zmienił się jej świat
Czego ty płaczesz, czego sumujesz
Dziewczyno moja
Jakże ni mam płakać i nie mam żałować
Nie będę twoja

Oj będziesz, będziesz, dali Bóg
Ojciec, matka dają
I sąsiedzi rają i sam sądzi Bóg...


Śpiewanie to zagłuszał turkot furmanek, co do Załoziec jechały. Był 25 września, a tam co poniedziałek targ się odbywał. Rozalia kłaniała się podróżnym, ustępowała drogi, a kiedy nie słychać już było toczących się kół po bruku, śpiewała dalej:

Ty pójdziesz górą
A ja doliną
Ty zakwitniesz różą
A ja kaliną

Ty pójdziesz drogą
A ja lożami
Ty się zmyjesz wodą
Ja mymi łzami

Ty będziesz panią
Przy wielkim dworze
A ja będę księdzem
W wielkim klasztorze

Przed tobą będą
Czapki zdejmować
A mnie jako księdza
W rękę całować...


Znowu stałam na piaszczystej drodze. Za mną wieża kościoła we wsi, przede mną cmentarz. Powróciłam z bezczasu do swojej rzeczywistości. Dokończyłam piosenkę Rózi:

Jak my pomrzemy
Każemy sobie
Złote litera, srebrne numera
Wybić na grobie

Kto będzie jechał, kto będzie i szedł
Przeczyta sobie
Cóż to za kochanie, co za miłowanie
Leży w tym grobie...


Ostatnie słowa, dziwnym trafem wybrzmiały, gdy stanęłam na cmentarzu. Były tam złote litery i srebrne numery z datami:


Jan Morawski
* 15.05.1892
+ 03.11.1980

Rozalia Morawska, z d: Kusiak
* 22.11.1909
+ 12.09.1999


Ale ani słowa o prawdziwym kochaniu. Spotkaną przy grobach ciocię Pawłowską zapytałam, jak to było z tą ich miłością. Okazało się, że pradziadka Morawskiego zeswatały z Rózią siostry z klasztoru. Jan był wtedy wdowcem z dwojgiem małych dzieci, Rozalia ulubienicą siostrzyczek. Za długie, złote włosy, dzięki którym grała zawsze anioła w jasełkach i mistrzostwo w robieniu najpiękniejszych kwiatów z bibułki, które potem zanosiła do kościoła i przyczepiała do chorągwi. Na procesjach więc zachwycano się nie tylko głosem Rózi i Anny, które razem śpiewały w chórze, ale także tymi białymi konwalijkami, wyglądającymi zupełnie jak żywe. Tajemnicy robienia takich kwiatków nie zdradzało się nikomu. Rózia zrobiła jednak wyjątek i pokazała prawnuczce, jak takie cudeńka wykonać. Nikt pewnie też nie dowiedziałby się, że wspaniale prowadziła dom.

Ja se gospodyni - z dumą powiadała i piekła najlepsze na świecie słodkie placki na sodzie. A kiedy przynosiłam jej w kwietniu fiołki z sadku, tego za stodołą, wąchała, a potem stawiała przy obrazie Matki Bożej z Podkamienia.

Dzieci z Janem miała dwoje: Zosię i Jasia, te jednak zmarły krótko po urodzeniu. Matkowała więc Janci i Marianowi. Zamieszkała z Morawskim na końcu wsi w nowym domu krytym blachą, ale na krótko, zaraz potem wybuchła wojna.




"Ładna ja se ładna jak kwiatka jedwabna
a mój miły ładny jak pączek jedwabny..."

Koźminek, poniemiecka wieś, brukowana ulica główna. Jedenastego listopada stanęłam na porośniętym trawą podwórku z widokiem na las. Mieszka tu ta sama Stefcia, do której kiedyś z Trościańca wybierała się prababka Morawska. Przywitałam się z osobą o najspokojniejszych i najbardziej radosnych oczach, w jakie kiedykolwiek patrzyłam. Dotknięcie ciepłej ręki miało być jedynym dowodem na to, że to, co opowiedziała, zdarzyło się naprawdę.

Stefania Kusiak, z domu Biernacka, urodziła się 12 grudnia 1912 roku w Bzowicy. Pradziadek po zniesieniu pańszczyzny otrzymał grunt od hrabiego z Olejowa i przeprowadził się na wieś. Jego żona, z domu Kostka, córka księdza greko-katolickiego, pozostała w mieście. Matka Stefanii, z domu Czajkowska, poznała więc Jana Biernackiego jako gospodarza dobrze sytuowanego. Ich rodzina oddała kawał ziemi na cele publiczne. W miejscu tym dziadek wybudował czytelnię, w której nie tylko pożyczano książki, ale również organizowano tańce, przedstawienia, zbierano się, by wspólnie świętować.

Ojciec długie lata piastował urząd wójta we wsi, a za równe traktowanie Polaków i Ukraińców cieszył się powszechnym szacunkiem. W rodzinie tej były jeszcze co najmniej dwie ciekawe osoby: Jan Czajkowski, wujek, dozorca zamku w Złoczowie i Jan Mackiewicz, kuzyn, który skończywszy studia za granicą, pracował w Białym Domu w Waszyngtonie (!). Nic więc dziwnego, że nauczyciele, którzy często zamieszkiwali u Biernackich, szybko odkryli w Stefci bardzo utalentowaną osobę.



Pogrzeb Marszałka

Zaraz po deszczu, w piękne majowe popołudnie trzydziestego piątego roku, zebrali się mieszkańcy Bzowicy na placu, koło czytelni. Na stole przykrytym białym obrusem stały dwie świece i kwiaty, które wcześniej nałamali w ogrodach. W uroczystym nastroju odśpiewali wszystkie pieśni żałobne, jak na pogrzebie, potem Anioł Pański i tak pożegnali Piłsudskiego.

W inne święta od rana pod oknami śpiewano: "Hej strzelcy wraz, nad nami orzeł biały", "Jeszcze Polska nie zginęła". Recytowano wiersze:

Gdy po trzech łatach z wojny powracałem
Zawsze byłem smutny, zawsze zadumany
Aż tu stanąłem między grobowcami
Więc słychać jakiś głos spod ziemi
Co ty tu robisz między umarłymi?
Czy co robisz, czy no się przechadzasz
Oddal się, oddal jeśliś cudzoziemiec
Może ty Moskal albo też i Niemiec?
Tu jest odpoczynek rycerzów Polaków
Nikt być nie może wśród naszych rodaków

A gdy ja ruszyłem, odchodzić już miałem:
- Ja Polakiem jestem - śmiało zawołałem
Wyszedł rycerz spod ziemi okryty ranami
- Wróć się, ach wróć się - prosi mię ze łzami
- A co słychać dzisiaj z Polską nasza ukochaną
Czy jest już wolną czy jeszcze poddaną?
Bo jak j a żyłem w smutnym stanie była
Garstka Polaków tej ziemi broniła
Ja pod Warszawą kulę w pierś dostałem
Tu się przywłokłem, życia dokonałem
Więc jak mi miło na tej polskiej ziemi
Spoczywać razem z rodakami swemi.




Dziesiąty pawilon

Tego dnia na przedstawienie w Bzowicy zjechało bardzo dużo młodzieży z sąsiednich miejscowości. Była zima, wieczory długie, takie spotkania były najlepszą rozrywką. Ich przygotowanie wymagało poświęcenia, czasu na nauczenie się roli i poszycie strojów u krawca. Nie każdy miał predyspozycje do tego, by grać. Józia Niemyszynowa z Trościańca wyszła kiedyś na scenę i taki ją śmiech ogarnął, że nie wykrztusiła z siebie ani słowa. Oprócz "Króla Heroda" i "Podolanki" najbardziej chyba podobało się polityczne przedstawienie o dowódcy powstańców, Kruku, którego Ruski więzili. Grałam w nim Ludwikę. Ta dla ratowania ukochanego musiała godzić się na zaloty Garawuła (Harawuła), ruskiego żołnierza. Ostatnia scena wzruszyła wszystkich, którzy się tego wieczoru w naszej czytelni zebrali. Kruk, wiedząc już, że czeka go śmierć, przyszedł do Ludwiki, by zwrócić jej pierścionek zaręczynowy. Ta jednak, jak prawdziwa Polka, powiedziała:

Nie, nie przyjmę, jam twoja i poza grobem.

Usłyszawszy więc, że ukochanego jej już zastrzelono, a jego oddział wysłano na zsyłkę, niewiele myśląc, wypiła truciznę. Padła Ludwika martwa na scenie. Zza ściany słychać było cichy śpiew:

Sybirskie tundry, kraju daleki,
Głos powitania bracia wam ślą.
Wygnani z kraju byli na wieki,
Rozstanie nasze uczcijmy Izą...


Wybiegał wtedy Rusek, a widząc poruszenie na sali krzyczał:

Nie szumij, jedru waszu mać, nie szurnij!

Potem Harawuło, co go Antoś Kurobyj grał, patrzył na martwe ciało Ludwiki i słowami:

O, Polka słowa nie złamała!
Idzi czort z taboju!


kończył "Dziesiąty Pawilon". Wszyscy bili brawo ze łzami w oczach, ale najgłośniej jakiś bardzo ładny chłopak, co stał pod ścianą, a którego wcześniej nie znałam. Na zabawie, po przedstawieniu, niewiele myśląc poprosiłam go do tańca. Wykręcał się i mówił, że nikogo tu nie zna, że z Trościańca przyjechał. Powiedziałam wtedy, zaglądając mu w oczy:

To mnie znał będziesz najlepiej. - I tak przetańczyliśmy całą noc, tylko że Jasiu odjechał bez pożegnania. Bardzo mnie to wtedy zdenerwowało. Nie mogłam sobie tego darować, więc zaraz potem jak odegraliśmy "Dziesiąty Pawilon" w Trościańcu (a jeździliśmy z przedstawieniami do Olejowa i do Białogłów) napisałam do niego liścik: jak mu się rola podobała i żeby mi koniecznie odpisał. Odpowiedź dostałam z wojska, bo jako kaprala zabrali go na półtoraroczną służbę do Złoczowa. Zaraz, kiedy Jaś przyjechał na przepustkę, zanieśliśmy na zapowiedzi. Nieraz się śmiał, że to ja taka bystra dziewczyna, i że mu się sama oświadczyłam. W swaty przyjechał do moich rodziców wujcio Wojciech Sudal, on to podkreślił mnie przed przyszłym mężem i teściami. Czwartego czerwca 1932 roku w Złoczowie wzięliśmy ślub. W przeddzień, wieczorem, wręczyłam Jasiowi białą koszulę z motylkiem. Suknię sprawili mi rodzice jak należy: białą, jedwabną, przewiązaną w pasie niebieską wstążką, a do tego pantofle: czarne lakiery, biały welon i wianuszek z mirtu i konwalii.

A potem, jak to na weselu: kołomyjki i walczyki. W domu panny młody stawiał swój korowaj na stole, potem był darunek i różne wiwaty.

Do kawalera:
Oj poznać, poznać kto się ożenił,
Na lićku zmarniał, głos mu się zmienił.


I do panny:
Oj poznać, poznać która wydana,
Którędy chodzi to zapłakana.


Z Jasiem żyliśmy zgodnie przez 62 lata. Najpierw u rodziców, potem poszliśmy rna swoje". Odwiedził nas kiedyś wujek Wojtek Sudal, ten sam, co w swaty chodził, i zapytał mnie, jak mi się z Jasiem żyje. Mówiłam mu wtedy, że różnie zajdzie, ale żyjemy powoli, mamy dzieci... Wujek uśmiechnął się pod nosem i powiedział:

No, daj wam Boże żebyście tak jak najdłużej, bo jakby on się udał w ojca, to ty byś biedna była!

Jasiu był trochu nerwowiec, to prawda, ale mnie zawsze szanował i szacował. Jeszcze mi się jedna na koniec piosenka przypomniała, bardzo wesoła:

Napijmy się kumciu po trochu
Bo nam w niebie nie dadzo,
A nim do nieba dojdziemy
To jeszcze choć po cztery szarpniemy.





Róśka Pepicha, co jaja taczać umiała

Taka znachorka w każdej wsi była. Kiedyś o lekarzy trudno było. Dopiero jak jaka ciężka choroba, to do miasta furmanką chorego się wiozło. Te kobiety coś takiego w sobie miały, jakby wrodzonego, znachorkami je nazywali. Była w Trościańcu Róśka Pepicha, co jaja taczać umiała. Gdy się dziecko czego wystraszyło, spłakało w nocy lub bało czego nieustannie, nie było rady, trzeba było jajko w rękę wziąć i udać się do niej po radę.

Kobieta po plecach jajko owe tocząc, gadała do siebie. Czy to zaklęcia jakowe były, czy modlitwy, nie wiem. Gadała do siebie, gadała, potem jajko w wodzie rozbiła i z niego czytała, skąd się u dziecka przestrach wzion, skąd jego przyczyna.

Spojrzała Róśka w rozbite jajko i mówi:

O, tu ty jako postać, a tu pies, który na cię skoczył i w nocy wystraszył.

Miała rację znachorka. Zaświadczyła to ta, która dzieckiem będąc, przez Pepichę ze strachów nocnych została wyleczona.



Poszli lata marne jak liść po Dunaju

W izbie paliła się żółta lampka, okna zasłonięte, żeby nie kusić losu. Stefcia chodziła nerwowo po sieni z dzieckiem na ręku. Próbowała zapomnieć o strachu. Bandy ukraińskie chowały się po lasach. Kołysała Edzia, szepcząc do ucha pobożny wierszyk:

Powiedz mi, powiedz, mamusiu droga,
jak tu daleko od nas do Boga.
Moje kochane, moje dziecię,
do Boga to się idzie przez całe życie.
A czyniąc po drodze dobrego wiele:
kto się złym brzydzi, modli w kościele
kto kocha ludzi jak braci własnych,
ten pójdzie prosto do niebios jasnych.


W tym czasie hurma cywilów otoczyła dom. Bili kijami w okno krzycząc:

Odkroj, odkroj!

Janek ukrył się na strychu. Stefcia pobiegła otworzyć drzwi. Nie pozwolili jej wyjść na podwórko. Wysoki, niebieskooki blondyn, obwieszony granatami, zaszedł jej drogę. Edzio płakał. Banda szubrawców wpadła do izby. Jeden z nich podniósł karabin, wycelował:

W imieniu ukraińskiej Samostyni, kula w łeb!

Spojrzał na strych, Jan wydał się, trącił drabiną o blaszany dach:

Nie uciekaj i tak cię złapiemy!

Potem szukali broni, myśląc, że u komendanta strzelców powinna być gdzieś ukryta. Pozabierali lepsze ubrania, a wychodząc ostrzegli:

Morda na guzik! Nie wspominać Ruskim, że tu byliśmy.

Po napadzie Jan uciekł do Trościańca. Noc przespał na jakimś strychu. Obudził się ze zmarzniętymi nogami. Wyszedł na wieś. Wszystko zniszczone i popalone. Ludzie pochowani w ziemiankach. Nic go tak wtedy nie ucieszyło, jak przypadkowe spotkanie z Marysią od Dodków. Spojrzał na pobite domy, ślady po kulach, po stojących jeszcze murach. Przetarł oczy:

To koniec świata, wszystko przepadło!




Jeszcze o znachorce, co posterunkowego Awtarczuka wyleczyła

Znachorka ta mieszkała za wsią w Bzowicach. Ojciec mój zaprowadził kiedyś do niej Awtarczuka, co to strasznie krostami był obsypany. Posterunkowy śmiał się, wierzyć nie chciał w zdolności tej baby, a może się i przez strach podśmiechiwał? Ukrainka spaliła najpierw zioła, a potem jajko taczała, tak mówiąc:

Gdzie ty idziesz matko moja, na olejne górę, hłeheły
Poszli ja z toboj, dwanaście na hefy, dwanaście na świętego Antoniego,
Święty Antoni, proszę pokornie zmiłuj się i krosty nie kruszycie...
Bożym słowym, bożym duchym i imieniem Krystowym
W imię Ojca i Syna i Swiatowyj Ducha


I tak gadając, znachorka z Bzowic jajko po plecach Awtarczuka, który śmiać się nie mógł przestać, toczyła. Potem chuchnęła w jedno ucho i drugie, i orzekła, patrząc w rozbite jajo, że krosty te z wiatru pochodzą, ale będzie zdrów, bo teraz to na owo jajko choroba przeszła. Potem nawarzyła ziół i nacierać się nimi kazała. Za nie dalej jak tydzień przyszedł posterunkowy Awtarczuk do mojego ojca i poszli podziękować zielarce, bo po krostach nie było ani śladu.




"Chciałbym orłem być..."

Miał sen. Lotem ptaka unosił się ponad ziemią. Patrzył w górę, to w dół, krajobraz zmieniał się szybko... Zielone pagórki, niebieska nitka Smolanki, stare drzewa w sadzie.

Zobaczył siebie potem na rampie kolejowej, obok worki, kufry, tyle, ile mogli wziąć na plecy i unieść. Cały ich dobytek. Palił machorkę, zaciągał się ostrym dymem i rozglądał dookoła. Było zimno. Styczeń, czterdziestego czwartego.

- Czekamy tu już ponad trzy tygodnie na transport nie wiadomo dokąd. Ale samemu pozostać w opustoszałej wsi, to szaleństwo. Tylko Ukraińcy i bandy po lasach.

Przypomniał sobie tamtą wojnę... Szybko wydoroślał. Ekscentryczni rodzice, Bazyli i Karolina Ważna, jeździli do Chorwacji za chlebem. On w pierwszej wojnie jadł z kompanami w albańskim obozie padłe psy, taki był głód. Inni też się nacierpieli. Wojtka Sudala męczyli tylko za to, że w wojsku służył, broni chcieli. Przyciskali mu palce, poili pomyjami. Dobrze, że rodzina nie opuszcza w potrzebie. Inaczej Jancia byłaby teraz u Niemca na robotach... Wicek Kusiak, dzięki znajomościom jakie miał, będąc nadzorcą dróg, znalazł jej pracę u inżyniera Synyci w Załoźcach. Dobrzy byli dla niej, bo jego żona była Polką. Niemcy, którzy tam stacjonowali brali ją za Żydówkę. Od nieszczęścia uratował ją tyfus...

Morawski spojrzał jeszcze raz z góry na rampę kolejową w Młynowcach. Potem pociąg pędził przez lasy, byle dalej od Ukraińców i wojny. Stukot kół coraz bardziej oddalał ich także od Trościańca. Ciała poddane ruchom wagonu kołysały się. Podróżni nie mieli wielkiego wyboru poza oczekiwaniem na cel, zapełniali drogę myślami:

Wkrótce tu wrócimy!

Jan obudził się. Dźwięczał mu w uszach, natrętnie powracał wierszyk, którego kiedyś uczyła się Janeczka:

Biały orle nasz, ty kraj polski znasz
Wyleć w górę ponad lasy
Spojrzyj na te Kresy nasze
Tyje dobrze znasz
Droga ziemio ta, myśl moja tam gna
Tam pierwszy szczęści moje, były pierwsze niepokoje,
Była pierwsza łza
Chciałbym orłem być, lot sokoli mieć
Skrzydłem orlim lub sokolim, unosić się nad Podolim
W tamtych stronach być, tamtym życiem żyć.


Jest to zmodyfikowana wersja dumki Maurycego Gosławskiego (ur. 1802 r.), romantycznego piewcy krajobrazu Podola.

Wicek Olender wziął do ręki czerwone, nasycone słońcem jabłko. Zapach miało cytrynowy, ciepły. Pochodziło z sadu oddalonego stąd o kilometry... Może była to bardziej granica w jego umyśle, podział na świat "tu" i "tam"? Po dziesięciu latach życia na walizkach stracił złudzenia, że wróci do swojego sadu, będzie tkał płótna z tamtych konopi i tamtym ludziom naprawiał buty.

- To nie może być, żeby tylko zwierzęta przywiązywały się do miejsca. Prawie wszyscy, których znał, byli z nim tutaj, w Kosieczynie, Koźminku, pod Opolem... Może jednak...?

- Trościaniec jest we mnie, w nas.

Gdzie ja to słyszałam? Czy mówił to mój dziadek, czy ktoś inny, wiele lat później? Nigdy nie widziałam doliny Seretu ani Smolanki, a jednak czuję, że jestem stamtąd, tak jak oni.


Katarzyna Olender
Kosieczyn




Opracowała Katarzyna Olender z Kosieczyna, studentka polonistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Kasia jest prą wnuczką Rozalii z Kusiaków Morawskiej i pra-pra-prawnuczką Rozalii z Dzików - Sudalowej; jest więc w piramidzie przodków ostatniego stulecia w VI przedziale pokoleniowym.

Kasia nie marzy, aby przyśnił się jej Trościaniec Wielki, ale czuje, że jest cząstką kresowego domu.



 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018