dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3368521 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Rocznik Podolski. Organ Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk poświęcony sprawom i kulturze Podola. Tom I - rok 1938. Tarnopol 1938. Nakładem Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Wydano z zasiłku Funduszu Kultury Narodowej i Fundacji im. Wiktora hr. Baworowskiego.]

Stanisław Spittal (1891 -1964):


Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy.
część 21




Zimnica (malaria) znana jest tutaj jako propastnycia, febra, ciocia, titka, traścia, trasawycia, a rozpowszechniła się dość znacznie z powodu rozległych mokradeł, podmokłych łąk i znacznej obfitości wód stojących lub płynących dość leniwie. Główną drogę wodną stanowi Seret, płynący tu paru odnogami. Do niego wpada maluśki potoczek wypływający z tzw. kiernicy w Nowym Mieście, Smolanka wypływająca w Trościańcu Wielkim, staw około 550 morgowy, utworzony przez Seret, stawek za Łysą Górą, utworzony przez Smolankę, sztuczne stawki na Bródku, utworzone przez płynący od Milna Huk, poza tym w Gajach Roztockich tzw. Ozero przy drodze do Szweda Kamienia i takież błotniste sadzawki - jeziorka w Gajach za Rudą.

Wszystko to daje doskonałe podłoże dla rozwoju komarów zwanych tu pospolicie handziami, z których część stanowią widliszki (anopheles) roznoszące właśnie malarię. Najczęściej występuje tu trzeciaczka (tertiana) i czwartaczka (quartana). W ostatnich latach nie było w samych Załoźcach wypadku zimnicy, a tylko kilka w Ratyszczu, Czystopadach i Wertełce oraz jeden w Ponikwie, jednak dawniej choroba ta należała do dość pospolitych. Nic więc dziwnego, że lud tutejszy zna przeciwko niej bardzo wiele sposobów leczniczych. Ich mnogość uzasadnia on tym, że febra, to nie prosta choroba, tylko mająca siedm, lub 77 wierzchów odpowiadających tyluż chorobom. Febra może być różna: wiatrowa, błotna, wodna itp. zależnie od tego, gdzie się jej chory nabawił. Febra, to choroba z gorączką i trzęsieniem (dreszczami), przy której te ostatnie jest dominującym objawem, dlatego właśnie ją trasawycią, lub traścią nazywają. W wyobraźni ludzkiej febra to kobieta niemłoda już, stąd nazwa "ciocia" w znaczeniu raczej "ciota" (czarownica), ale jeszcze bardzo piękna zamieszkująca samą wodę, jak i jej okolicę. Ona to w ciepłe, wiosenne lub letnie południe wchodzi w ciało śpiącego nad wodą człowieka, wysysa jego soki żywotne i odbiera część jego pokarmu. Gdy organizm chorego się broni, przychodzi do mocowania się między ciocią a chorym, czego wynikiem są dreszcze. Jednakże febra nie pojawia się sama, ma ona tyleż sióstr, co wierzchołków, a te wchodzą nieraz razem z nią w ciało chorego. Leczenie wtedy jest trudniejsze, bo na wszystkie siedm względnie 77 wierzchołków trzeba trafić lek, czyli wyżyć tyle różnych lekarstw, ile wierzchołków dana febra posiada.

Zapobiegawczo, by nie dostać w danym roku febry, połykają wieśniacy po trzy kotki (bazie) z łoziny poświęcanej w niedzielę palmową (podobnie przy bólu gardła) albo, gdy zobaczą po raz pierwszy w danym roku kłos kwitnącego żyta, zjadają jego kwiat. Niemniej można kopać ziemię pod korzeniem czornobylu (Arthemisia vulgaris), a natrafiwszy na drobne węgielki, wybrać je i połknąć kładąc w zamian na ich miejsce pieniądz miedziany, nawet dawno już wycofany z obiegu, jako okup, czy ofiarę. Ujrzawszy na wiosnę po raz pierwszy małe gąsięta, należy je policzyć i zawiązać tyleż węzełków na sznurku, a gdyby się dostało febry, należy zaraz po pierwszym ataku wszystkie węzełki porozwiązywać, a sznurek spalić, to z nim razem i febra spłonie. Aby paroksyzm febry osłabić, nie pozwalają choremu ani przed samym atakiem, ani bezpośrednio po nim pić wody, gdyż woda podtrzymuje i wzmaga chorobę, która w niej ma swą siedzibę. Nienapojona i spragniona ciocia traci siły i mniej męczy chorego.

Jako kobieta łatwiej, niż inna choroba daje się febra przestraszyć, zbrzydzić lub zadowolić. Toteż, gdy chory w czasie ataku znajduje się w najwyższej gorączce i dreszczach, a częściej, gdy umęczony uśnie snem sprawiedliwych, wylewają na niego nagle wiadro, czy konewkę zimnej wody. Przestraszy się wprawdzie prawie nieprzytomny chory, ale przerazi się również febra i ucieknie. Czasem, ale to rzadko, zamiast wylewać wodę, rozbijają całkiem nowy garnek nad głową śpiącego po ataku chorego. Tłukący garnek winien jednak zaraz uciec jak najszybciej, by go chory nie zobaczył. Wtedy bowiem febra przeszłaby na niego. Gdyby jeden z wymienionych sposobów zaliczanych do najłagodniejszych nie pomógł, dają choremu do zjedzenia to, czego zażąda, na co ma szalony apetyt. Bo ciocia weszła w ciało chorego po to, aby wymusić na otoczeniu jakąś swoją ulubioną potrawę. Dają więc jej choremu tak dużo, aby objadł się, aż do obrzydzenia i wymiotów. Wtedy febra zadowolona zabierze się. Najczęstszymi środkami służącymi do zbrzydzenia febry są wszy, mocz własny, lub koński dla mężczyzn, a klaczy dla kobiet, łajno i wszelkie wydaliny ludzkie i zwierzęce. Najobrzydliwsze te leki, spożywane przez febrę razem z chorym, mają obrzydzić jej chęć przebywania w jego ciele. Wesz złapaną na koszuli chorego podają mu do zjedzenia w gałce chleba, psie łajno rozmoczone w wodzie, świńskie wysuszone i rozpuszczone w wódce, wysuszoną i startą na proszek żabę w wodzie lub wódce, kurze jaje ugotowane na twardo i roztarte z pluskwą, wywar z tysiącznika posp. (Erythraea Centaurium), pięciornika srebrzystego (Potentilla argentea), jarzębiny (Fructus Sorbi, Sorbus aucuparia), krwawnika (Achillea Millefolium), jasnoty (Lamium album) i zebranych płatków ziół rzucanych pod nogi księdzu podczas procesji Bożego Ciała (małgorzatka nogietek (Calendula off.), orlik posp. (Aquilegia vulg.), piwonia (Paeonia off.), bławat (Centaurea Cyanus). Jeżeli środki te służące do obrzydzenia choroby nie skutkują zaraz, powtarza się je, ale już w większych ilościach, Poza tymi jest jeszcze cały szereg leków innych. I tak choremu na zimnicę dają do picia wodę uzyskaną z obmycia nowonarodzonego czarnego cielęcia, ale z czarnej krowy, mleko kobyle, odwar trawy wyrastającej przez oczodoły końskiej czaszki, gotują tasznik (Capsella bursa pastoris) w urynie babskiej i podają do picia trzy razy dziennie po pełnej szklance, lub mieszają mocz chorego z mlekiem kozim i chlebem, a mieszaninę tę podają psu do zjedzenia. Skoro pies to zje, choroba przejdzie na niego.

Doskonałym lekiem na malarię jest opłatek położony na trzech knyszach (chlebach pieczonych na wigilię Bożego Narodzenia, zdobionych różą z ciasta, posypaną cebulą krajaną w kostki i polaną olejem konopnym) podczas wilii, a potem poświęcony na Wielkanoc. Do picia podają odwar suszonego kopytnika posp. (Asarum europaeum), liści tytoniowych (Nicotiana tabacum), korzenia tataraku (Acorus Calamus), babki pospolitej (Plantago maior) w ilości tylu liści, co ile dni chorego trzęsie, albo odwar korzenia biedrzeńca pospolitego (Pimpinella saxifraga), piołunu (Artemisia Absynthium), pokrzywy zwykłej (Urtica dioica), leszczynowej i olszowej kory, a rzadziej osiki, bo ta tak samo się trzęsie, jak chory. Używa się także jako bardzo skutecznego lekarstwa na febrę, cebulek narcyza (Narcissus poeticus) utartych i moczonych przez trzy doby w wódce, albo oczu raków suszonych i utłuczonych na proch, a potem zmieszanych z wódką, albo ryby połkniętej przez drugą drapieżną, np. rybki znalezionej w brzuchu szczupaka, czy okonia, wysuszonej, sproszkowanej i pomieszanej z wódką. Jednak najradykalniejszym środkiem są wióra zeskrobane przez kogoś zdrowego z kopyt zdechłego konia, zagotowane w garnku i przelane do flaszki. Z nią udaje się chory na rozstajne drogi, część zawartości wypija, resztę zaś wraz z flaszką wyrzuca na rozstajach, a sam wraca szybko nie oglądając się poza siebie, ale inną drogą, by go febra nie dogoniła i nie powróciła. Drogę bowiem przebytą febra zna i najpierw na niej szuka chorego, a gdy go nie znajduje, idzie na inne drogi, gdzie oczywiście zwraca jej uwagę człowiek ciągle oglądający się, a więc przestraszony i niepewny. Podobny zabieg można wykonać przy pomocy flaszki wypełnionej odwarem barwinka (Vinca maior) rozpuszczonego w mleku.

Obok środków stosowanych wewnętrznie zna też lud cały szereg skutecznych przy zimnicy zabiegów zewnętrznych. Do nich należy noszona na sznurku na szyi wysuszona żaba, rozjechana przez wóz. Znalazłszy ją na drodze mówią: niech ona będzie zdrowa bez nas, a my bez niej. Noszą także przez siedm dni na szyi w woreczku pająka schwytanego nie gołą ręką, którego potem wraz z woreczkiem rzucają na bieżącą wodę nie oglądając się poza siebie. Ponieważ chorym trzęsie widocznie z zimna, prażą go na słońcu w lecie przyodziawszy go w kożuch, a w zimniejszych porach roku wsadzają go na trzy Zdrowaś Mario do ogrzanego pieca piekarskiego. Jednak ten zabieg obecnie praktykuje się bardzo rzadko. Środkiem zupełnie nie męczącym chorego jest rzucanie przez głowę krzyżyka związanego z dwóch gałązek brzozowych na płynącą wodę. Rzuciwszy go nie śmie jednak chory patrzyć się, jak fale unoszą drewno razem z febrą, bo inaczej ciocia myślałaby, że chory żałuje za nią i wróciłaby z powrotem. Chory może również pozbyć się jej zawiązawszy w kawałeczek szmatki centa (jakikolwiek miedziany pieniądz) i wrzuciwszy ten węzełek w dziuplę drzewa, najlepiej wierzby. Febra pozostanie wtedy w dziupli tak długo, aż ktoś znalazłszy ten węzełek wyswobodzi ją i zabierze z sobą. Gdziekolwiek rzucić węzełka nie wolno. W tym zabobonie składa się febrze ofiarę z pieniędzy przenosząc ją równocześnie na drzewo i to takie, które chętnie rośnie nad wodą, jej ulubionym miejscem pobytu. W Czystopadach zachorowała raz na febrę M. S., osoba bardzo skąpa. Ale że ciocia ją bardzo mozoliła, zdecydowała się na ofiarowanie jej centa w dziupli wierzby, co przyniosło pożądany skutek. Po kilku jednak dniach żal się babie zrobiło za zmarnowanym groszem, wydobyła go więc z powrotem, ale niestety razem z chorobą. Przy dalszym leczeniu musiała M. S. stosować już inne środki. Gdyby nigdzie w pobliżu dziupli nie było, może chory wywiercić dziurę w drzewie, najlepiej w wierzbie, nachuchać (dmuchnąć) w nią trzy razy i zaraz zatkać poprzednio już przygotowanym kołkiem, najlepiej ze swerbywusu tj. z dzikiej róży (Rosa canina), której kolce uniemożliwiają chorobie wydostanie się. Do drzewa wchodzi ona wraz z tchem chorego. Można też cierpiących na zimnicę okadzać rozjechaną na drodze ropuchą, lub ośćmi ryby spożytej na wieczerzę wigilijną Bożego Narodzenia. Ponadto wieśniacy praktykują jeszcze jeden sposób. Mianowicie idą na cmentarz, ze świeżego grobu biorą garść ziemi mówiąc: Dobryj weczir wam moszczi, dajte pościl, bo pryjichały hości, następnie zawiązują ziemię w chusteczkę, przez trzy noce śpią na niej, po czym odnoszą na dawne miejsce, a wracając nie oglądają się. Po tym eksperymencie rzekomo febra znika natychmiast.

Mieszczanie poza pewnymi praktykami już wymienionymi, wypisują swe imię na małej karteczce, wtykają ją do wywierconej dziury w wierzbie i zatykają przygotowanym kołkiem zamykając w ten sposób chorobę, albo nacinają na kiju leszczynowym, ale tnąc od siebie tyle karbów, ile mieli paroksyzmów, następnie kij ten rzucają przez głowę do rzeki, a w drodze powrotnej nie oglądają się zupełnie. Żydzi zawijają w szmateczkę pieniądz miedziany, trochę obciętych włosów i paznokci i rzucają to na rozstajnych drogach. Kto znajdzie zawiniątko i podejmie, weźmie wraz z nią i febrę. Oni to również idą nad wezbraną rzekę, myją sobie ręce w pianie wodnej, otrzepują je z piany i szybko oddalają się nie oglądając się poza siebie, albo podobnie, jak przy żółtaczce wydrążywszy marchew napełniają ją moczem chorego i zawieszają w kominie. Gdy mocz wyparuje, choroba zniknie.





 Od administratorów strony "Olejów na Podolu". Ponieważ ten tekst będzie ogólnodostępny w internecie, oprócz miłośników Kresów i zainteresowanych historią mogą na niego trafić - np. przez wyszukiwarki - także osoby interesujące się medycyną ludową czy szukające pomocy w swoich dolegliwościach. Przestrzegamy przed eksperymentowaniem z opisywanymi w tym artykule ziołami czy rodzajami terapii. Niektóre mogą być bardzo niebezpieczne dla Waszego zdrowia, a nawet życia. Lepiej zawierzyć współczesnemu lekarzowi lub farmaceucie. Albo przynajmniej - jeśli już się uprzecie - szukać takich informacji na portalach medycznych, a nie na stronie kresowej.




poprzednia
część

 

 

Stanisław Spittal:
Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy

 

 

następna
część



 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018