dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3292905 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Nasz kresowy dom nad Hukiem, Smolanką i Łopuszanką". Opracowanie zbiorowe pod redakcją Antoniego Worobca. Zielona Góra 2000, tamże Władysław Strąg: "Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II"]


Wierchnaja Tura było nieduże i całe drewniane, o niespotykanym u nas stylu budownictwa. Jedne domki małe, zaryte w śniegu i tylko dym z komina świadczył, że są tam w środku ludzie. Inne większe, a inne jeszcze większe i zasobniejsze, jeszcze inne nawet piętrowe. Wszystko to razem wzięte, jakieś obce i niespotykane w naszych stronach. Ludzie tam pracujący ubrani różnie, jedni w ciepłych kożuchach, w filcowych walonkach na nogach, w ciepłych papachach na głowach. Inni, i tych było więcej, w łykowych łapciach z lipowej kory na nogach, w watowanych kufajkach, w czapkach ze sztucznego misia, a niektórzy nosili na głowach -jeszcze z wojska - szpiczaste czapki, tzw. budionnówki. Oszronione wąsy i brwi chodzących po stacji wskazywały, że mróz jest siarczysty. Wiatru nie było, co wskazywał dym z kominów unoszący się jak słup soli, prosto do góry. Pod nogami skrzypiało, aż ciarki przechodziły po ciele. W naszych ubiorach - w tamtym krajobrazie -wyglądaliśmy jak hołysze obok tych w jasnych szubach. Ale kogo to obchodziło? Kto się nad tym zastanawiał? To przecież wrogowie ludu, począwszy od kołyski, a skończywszy na tych staruszkach, których dni są już policzone, na takich jak pani Peszkowa i inni.

Kiedy rodzina państwa Peszków przygotowywała sparaliżowaną matkę do drogi i ociągała się - ze zrozumiałych powodów - z wyjściem, zgorszony tym i rozwścieczony enkawudzista wpadł z furią do wagonu i wrzeszcząc rozkazał zostawić chorą w wagonie, a oni ją odwiozą do bolnicy - do szpitala. Taki człowiek nie nadaje się do drogi, jaką mamy przed sobą - argumentował zapieniony od złości enkawudzista. I każdy zdrowy na zmysłach człowiek to przecież potwierdzi, że nie nadaje się. Ale czyż ten człowiek nadawał się do drogi hen tam, jeszcze pod Zborowem? Czy na stacji kolejowej w Młynowcach? Każdy przyzna, że nie. Wieść o zostawieniu chorej wywołała ludzki odruch i histeryczny płacz obu córek i męża chorej. Cała trójka wpadła w paniczny popłoch poparty przez inne kobiety i znajomych, i z jękiem oraz spazmatycznym szlochem przywarły do matki i zrozpaczone wołały: "Nie oddamy naszej mamy, nie oddamy, ona pojedzie z nami tam, gdzie i my pojedziemy", i przystąpiły do wynoszenia matki na sanie.

Stojące obok zaprzęgi były jednokonne, a nad głową każdego konia, niczym aureola, rozpięty był drewniany kabłąk. Wszystko wydawało mi się nieznane i niespotykane w naszych rodzinnych stronach, na Podolu. Nie tylko zaprzęgi, ale nawet powietrze miało inny smak i zapach niż nasze, polskie. Przypadkowi przechodnie, a także robotnicy i kolejarze z zainteresowaniem przyglądali się nam z oddali i coś między sobą komentowali. Na niektórych twarzach widać było ironiczny uśmiech, na innych powagę i zadumanie. Woźnicy podstawionych podwód stali, każdy przy swoich saniach, niczym karni, dworscy stangreci. W ręku każdego z nich tkwił jakiś niespotykany w naszych stronach bicz, z krótką rękojeścią, a bardzo długim, plecionym ze skórzanych pasków batem. Takiego w Polsce nie widziałem. Na sanie ładowano po dwie rodziny. Rozpoczął się ruch, jak dwa tygodnie temu na stacji Młynowce. Wynoszono z wagonów tobołki oraz dzieci okutane w chusty i pledy. Czekiści biegali i rozwścieczeni ponaglali "Bystrej! Bystrej!". Woźnicy pytani, dokąd jedziemy i czy daleko, odpowiadali "Uwidiesz" - zobaczysz, uśmiechając się zagadkowo i szyderczo. Wyniesiono również panią Peszko owiniętą w pierzynę. Aż nie do wiary, że ta chora od lat i wyschnięta na wiór kobieta zniosła tą uciążliwą podróż, a inni sprawniejsi zmarli po drodze. Nasi zesłańcy prosili ochroniarzy, żeby zezwolono nam zabrać swoje rzeczy z owego "depozytu", bo wszyscy byli głodni, a niektórzy, tak jak my, mieli tam trochę żywności, lecz nie pozwolono nam. Tak więc o głodzie i wielkim chłodzie pakowaliśmy się na sanie marząc o smaku kartofla. Ojciec pocieszał nas, że na miejscu nagotujemy kartofelków w mundurkach (z łupinami) i pojemy sobie, nadrobimy nasze zaległości głodowe. Również worek żyta, jeśli nie będzie gdzie zmielić go na mąkę, to przekręcimy go na maszynce do mięsa. Ale rzeczywistość okazała się inna.

Załadowaliśmy się na sanie i karawana, pobrzękując janczarami, ruszyła uliczkami drewnianego i zaśnieżonego miasteczka. Przechodnie przystawali i gapili się, a okna były pełne ciekawskich. Przez odchuchane od lodu miejsca w szybach okien, widać było twarze z przyklejonymi do szkła nosami. Nie wiem, co podziwiali, czy nasz dramat, czy może spodziewali się bogatych i opasłych polskich burżujów? Zaraz za budynkami wjechaliśmy w potężny las. I tak po niezbyt uczęszczanej i nie przetartej drodze, znanej tylko tym, co nas wiozą, brnęliśmy w śniegu cały czas przez las. A las był potężny, wiekowy i ponury. Wysokie i rozłożyste, majestatyczne cedry górowały nad sosnami. Chwilami przejeżdżaliśmy przez polany pełne wiatrołomów, zgniłych i porośniętych już warstwą mchu. Podróż po tych bezdrożach była utrudniona, koniki, syberyjskie kucyki, musiały pokonywać zaspy śnieżne i leżące w poprzek drogi pnie drzew. Miejscami kucyki nie mogły pokonać nawianej zaspy i trzeba było im pomagać. Najgorzej miał ten pierwszy, musiał brnąć po brzuch w śniegu przecierać i torować drogę. A droga była dłuższa, bo okrężna. W linii prostej drogi tu jeszcze nie było i dlatego jechaliśmy omijając podmokłe trzęsawiska i nadrabiając kilometrów. Karawana rozciągała się, koniki zmęczone ustawały i nasz "peleton" coraz bardziej wydłużał się. Zbyt późno wyjechaliśmy ze stacji w tak trudną drogę. A przecież nasz konwój i furmani znali tę drogę i wiedzieli, że jazda będzie utrudniona, że na takiej drodze coś może się złego przydarzyć i należałoby pomyśleć, i tak zorganizować transport, żeby przewózkę rozpocząć z samego rana i zdążyć przewieźć ludzi jeszcze za dnia. Ktoś źle obliczył czas i utrudnioną jazdę, a także przecenił kondycje zwierząt i sprzętu, na którym jechaliśmy. A raczej nikt się chyba nad tym nie zastanawiał i nikogo z tego powodu głowa nie bolała, przecież nie byliśmy ludźmi, a zesłańcami - katorżnikami.

O tej porze roku noc zapada wcześniej i dzień jest krótszy. W połowie drogi, jaką zdążyliśmy przebrnąć, zastała nas noc. Konie męczyły się i ustawały, a noc nie ułatwiała jazdy. Mocniejsze i odporniejsze konie szły, ale część, w której my się znaleźliśmy, ustawała. A na domiar złego zaczęły się psuć wiązadła dyszli, uprzęży i kabłąków i nie sposób było kontynuować jazdę. I w tej dramatycznej dla nas sytuacji zapadła decyzja, żeby za wszelką cenę dobrnąć do pobliskiej już tzw. izbuszki - tiepłuszki. Była to drewniana chatka o jednej izbie, z piecem na środku, jakie budowane były na trasach, którymi pędzono zesłańców na Sybir. Tu odpoczywano i nocowano na tzw. etapach. Niektóre z nich pamiętają jeszcze czasy zsyłek carskich, inne powstały już za władzy radzieckiej. Brnęliśmy więc w puchu śnieżnym pomagając konikom, aby w tej izbuszce z konieczności zanocować i naprawić szkody. Taka decyzja przeraziła nas, przerastała bowiem możliwości ludzi i koni, a także ludzkie wyobrażenia w tej porze roku. Nie można było pojąć, jak można nie liczyć się z konsekwencjami takiej lekkomyślnej decyzji. Był koniec lutego, a więc środek syberyjskiej zimy. Kilka rodzin z małymi dziećmi, z chorymi i starszymi ludźmi, z kobietami ciężarnymi, u których lada dzień nastąpi rozwiązanie ciąży, a na dodatek mijała już druga doba jak wy fasowaliśmy posiłek. Ale tym się nasi oprawcy najmniej przejmowali, nikogo nie obchodziło zdrowie i życie zesłańca i tak przeznaczonego na pohybel. Trzeba było godzić się z losem i radzić sobie w nocy, w środku uralskiej tajgi, i przy mrozie sięgającym do 50°C poniżej zera. Resztkami sił koni i ludzi dopchaliśmy się do małego, drewnianego budyneczku, przypominającego domek Baby Jagi z bajki dla dzieci, tu zatrzymaliśmy się i to właśnie było mityczne piekło na naszej Matce Ziemi.

Tu, na polance, w blasku księżyca śnieg wokół połyskiwał niczym miliony iskrzących się gwiazdeczek, i tu konwój nasz zarządził przejść z sań do izbuszki, i szykować się do noclegu. Izbuszka była nieduża, a nas było kilka rodzin oraz woźnicy i konwój. Mężczyźni i ojcowie rodzin zabrali się do roboty, wszyscy zabrali się do sprzątnięcia izbuszki. Jedni przygotowywali drzewo na opał, inni rozniecali w piecu ogień, i tak "balonem" i naprędce organizowano schronienie swych rodzin przed niechybną śmiercią, przez zamarznięcie w tajdze. Nie było ani chwili do stracenia. I tak wnet zapłonęło ognisko w starym piecu, zrobiło się nie tylko cieplej i przytulniej, ale i weselej, jak przy bajkowym kominku. Ktoś usiłował w tej tragicznej sytuacji być jeszcze dowcipnym, zażartował cierpko, że niby turyści w piękną lipcową noc rozłożyliśmy się w środku uralskiej tajgi, jak na biwaku. Biedne syberyjskie kucyki, przykryte derkami, parskały smętnie nozdrzami na mrozie do rana, od czasu do czasu zmuszane do biegu, żeby nie zamarzły. Z topionego śniegu gotowano na piecu "kipiatok" i ta ciepła woda rozgrzewała od wewnątrz i podtrzymywała na duchu, ale nie zastąpiła jedzenia. I tak czekaliśmy do rana. Suchych gałęzi w lesie było pod dostatkiem i podtrzymywaliśmy ogień, niczym plemiona pierwotne, całą noc.

Konie w tym czasie nieco odpoczęły, uprząż naprawiono i wraz z brzaskiem dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. I tak z przygodami wędrowaliśmy jeszcze kilka godzin wciąż tajgą, i wciąż brnęliśmy w zaspach nawianego śniegu. Tu należy wspomnieć, że ze stacji Wierchnaja Tura część zesłańców z naszego transportu skierowano do Krasnouralska - miasta leżącego również w obwodzie świerdłowskim, i tam wszystkich zatrudniono w kopalniach. I ci Polacy w mieście mieli nieco większe okno na świat i więcej tam w kopalniach zarabiali. Jednak praca ich była cięższa, bardziej niebezpieczna i szkodliwa dla zdrowia. Toteż nie zazdrościliśmy im życia w mieście.

Władysław Strąg




poprzednia
część

 

 

Władysław Strąg:
Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II

 

 

następna
część



 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018