dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3415959 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Na twarzach umęczonych ludzi pojawiła się radość i nadzieja prędkiego wyzwolenia i zakończenia się tego wojennego koszmaru. W czasie, kiedy wojska feldmarszałka Paulusa przegrały bitwę pod Stalingradem, mój ojciec przechowywał u nas żydowskie małżeństwo. Byli z Załoziec, ale nazwiska nie pamiętam. Żyd z zawodu był dentystą i nosił przy sobie parę dentystycznych kleszczy zawiniętych w lekko przybrudzoną szmatkę. Wiele dla nas zrobił. Między innymi usunął dwa zęby mojemu bratu Jasiowi. Dostał za to chleb. Miał bardzo ładną żonę, szczupłą i czarnowłosą, zupełnie niepodobną do Żydówki. On natomiast miał typową sylwetkę, krępą budowę ciała i spory orli nos.. Ujrzałem ich dopiero na przełomie 1942 i 1943 r. Tato przechowywał ich w zupełnej konspiracji na strychu w oborze, tuż nad krowami. Mniej więcej w tym czasie Żydówka urodziła tam syna. Do dziś nie mogę pojąć, jak ta kobieta przeżyła to w takich warunkach. Jasne było natomiast, że niemowlę miało niewielkie szansę ze względu na okrutny mróz i fatalne warunki. Dowiedziałem się potem, że Żyd wyniósł dziecko pewnej nocy i zakopał głęboko w zmrożonym śniegu. Było jeszcze żywe, ale przetrzymało najwyżej kilka sekund. Żyd bardzo to przeżył. Potem powiedział, że nie mógł postąpić inaczej, bo dziecko mogłoby ich zdekonspirować.

- Serce mnie bolało, ale nie widziałem innego wyjścia. Może nam dwojgu uda się przeżyć - powiedział do taty.

Zanim dowiedziałem się o przechowywanych, miałem wrażenie, że tato jakby częściej chodzi do krów. Pewnego dnia przyłapałem go, jak niósł coś gorącego w wiadrze. Zapytałem go, co niesie. Przez chwilę zaniemówił, a potem przyznał się i nakazał pełną dyskrecję:

- Jeśli Niemcy albo Ukraińcy odkryją ich, to powystrzelają całą. naszą rodzinę! - ostrzegł mnie, a ja to ostrzeżenie przyjąłem na serio.

Od tamtego czasu wydawało mi się, że Niemcy jakby częściej odwiedzali Trościaniec i przechodzili koło naszych zabudowań, które były blisko drogi. Ukrywanie Żydów stawało się coraz bardziej ryzykowne. Mieliśmy sąsiada - Strąka Pietruńkę, jak go nazywaliśmy. Jego dom usytuowany był na skarpie. Miał dwóch synów: Władzia i Piotra. To oni wykopali w izbie w podłodze kryjówkę. Wydobytą ziemię wynosili nocami w wiadrach na pole. Na dziurze szczelnie ułożyli deski, a potem nasuwali bambetel. Do tak przygotowanej kryjówki przeniesiono żydowskie małżeństwo. Siedzieli oni tam przez cały dzień, a wychodzili nocami.

Wiosną 1943 r. Niemcy zaczęli się wycofywać. Stalingrad i Moskwa były już wolne. Front był już pod Kijowem, a z nim wciąż bliższa wizja wyzwolenia. W Trościańcu zaczęła panować coraz radośniejsza atmosfera, którą jednak skutecznie mąciło mordowanie Polaków przez Ukraińców. Masowe egzekucje nasilały się szczególnie na Wołyniu. Polska ludność opuszczała swe majątki i chroniąc życie uciekała do miejscowości, gdzie było dużo Polaków. Wielu uciekinierów przybyło do Trościańca. Gospodarze przyjmowali ich do swych domów, choć często było. już bardzo ciasno. Jednak nikt nie myślał o wygodzie. U nas zamieszkała rodzina Tymrakiewiczów z Zagórza - Pietrówki, której głową był Michał. Był on stryjem mojego szwagra Józia Tymrakiewieża. Banderowcy ukraińscy grasowali i mordowali wszędzie dookoła, ale do Trościańca nie podchodzili w obawie przed dużą liczbą Polaków.

Obliczono, że w Trościańcu, łącznie z uciekinierami z innych miejscowości, było około 1000 mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Przybysze stawiali sprawę jasno. Nie mieli już dokąd uciekać i postanowili bronić się do końca. Zaczęły powstawać wartownie. Między innymi na ten cel przeznaczono jeden z naszych mniejszych pokojów. Za ostatnimi zabudowaniami rozstawiono posterunki i wykopano rowy strzeleckie. Zmiany warty przebiegały wedle wojskowego porządku. Sprawdzano również punkty wartownicze i najdalej wysunięte "czujki". Wszelką broń palną noszono pod płaszczami, bo ludzie mogli różnie reagować. Wielu z tych mężczyzn było po zasadniczej służbie wojskowej, część walczyła w czasie I wojny światowej, więc znali się nieco na sztuce wojennej. Było między nimi dwóch oficerów w stopniu podporucznika: przyjezdny Eugeniusz Maceluch i trościaniecki nauczyciel Stanisław Turkiewicz.

Mimo odwrotu, Niemcy byli jeszcze silni. Wiosną 1943 otoczyli wraz z Ukraińcami polską wieś o nazwie Huta Pieniacka, leżącą 18 km na zachód od Trościańca. Spalili ją doszczętnie, a ludność wymordowali. Powodem była rzekoma pomoc ludności okazywana rosyjskiej partyzantce, która miała ukrywać się w okolicznych lasach. Trościaniec otaczały pola, a las od strony północnej oddalony był o około kilometr. Może to nas uratowało? Po masakrze w Hucie Pieniackiej ludzie przewidywali, że Trościaniec spotka podobny los. Coraz częściej widziało się u nas Niemców przechadzających się w asyście ukraińskich patroli. Spodziewali się istnienia organizacji obronnej Polaków i chcieli znaleźć jej przywódcę.

Podejrzenie padło na Jasia Dzika, znanego daleko poza Trościańcem. Był starym kawalerem, trochę się włóczył, sypiając, gdzie popadło. Ktoś doniósł, gdzie Jasio najczęściej przebywa. Tej grudniowej nocy 1943 nocował akurat u Kasi Malowanki. Już świtało, kiedy na podwórku pojawiło się około 4 Niemców wraz Ukraińcami i zaczęli dobijać się do drzwi, uderzając w nie kolbami karabinów. Solidne drzwi nie otworzyły się jednak. Jasio był odważny i miał silne nerwy. Nie zląkł się, tylko od razu otworzył ogień. Żołnierze natychmiast odpowiedzieli tym samym. Jasio natomiast wraz z kobietami zdołał uciec przez tylne okno domu. Od tego czasu ukrywał się i tylko od czasu do czasu pojawiał we wsi. Często zmieniał ubiór i zdejmował okulary, które normalnie nosił. Podczas tej strzelaniny został śmiertelnie zraniony sąsiad Gruntowski. Był człowiekiem upośledzonym i słysząc strzały, wyjrzał przez okno, aby sprawdzić co się dzieje.

Front był już koło Żytomierza, co spowodowało nasilenie się forszpanów do odrobienia. Mój tato spełniał ten obowiązek prawie co drugi dzień, podczas gdy sąsiedzi tylko raz w tygodniu. Pewnego dnia tato zbuntował się i odmówił wykonania rozkazu posłańcowi, który się z nim zjawił. Nie spodziewał się żadnych perturbacji z tego powodu. Jednak na początku października 1943 okazało się, że się mylił. Od rana wywoził na pole obornik i w południe postanowił położyć się na krótki odpoczynek. W tym samym czasie siedziałem z kolegami obok domu, od strony wschodniej. Zauważyłem, że od wioski jedzie konno Józio Buczny (mój wujek) i co chwila się ogląda. Kiedy dojechał do drewnianego mostku, przystanął i z odległości około 30 metrów zapytał mnie głośno, czy tato jest w domu. Kiedy odpowiedziałem, że owszem, odrzekł:

- Biegnij i powiedz mu, że .Niemcy po niego idą!

Pobiegłem jak szalony i wrzasnąłem już na progu:

- Tato! Niemcy po ciebie idą!

Ojciec, jakby porażony prądem, stanął na równe nogi i wybiegł do sieni, a potem po drabinie na strych. W pewnym momencie zatrzymał się i zapytał, czy są już niedaleko. Kiedy odparłem, że ich jeszcze nie było widać na drodze, szybko zszedł, uciekł przez płot w kierunku stodoły i dalej, do swej siostry Stefki na Dębinę. Tam przesiedział aż do późnego wieczora. Na wszelki wypadek wszyscy umknęliśmy z domu. Ja poszedłem na mostek Gałuszki, z którego miałem widok na okolicę na odległość około 700 metrów. Wypatrywałem Niemców. Nagle spostrzegłem postaci wyłaniające się na łuku drogi koło domu Sikory za Płoszajową figurą. Szło ich trzech - Niemiec, ukraiński policjant i wójt Czapaj. Po drodze do nikogo nie wstępowali. Szli prosto do nas.

Ukryłem się za mostkiem w zaroślach i obserwowałem, co dalej będą robić. Niestety niewiele zobaczyłem, bo drzwi naszego domu były od strony południowej. W domu byli tylko kilka minut, gdy spostrzegli, że od strony pasieki nadszedł mój dziadzio Kusiak, który już o wszystkim został poinformowany. Cała trójka zbliżyła się do niego. W tamtej chwili przyszło mi na myśl, że intruzi mogą z zemsty zacząć bić dziadzia. Bacznie ich obserwowałem i stwierdziłem, że skoro jeszcze bić nie zaczęli, to już nie jest źle.

Podszedłem do całej grupki z przeświadczeniem, że moja wątła budowa, mimo przeszło 12 lat, uchroni mnie przed ewentualnymi razami. Przysłuchując się rozmowie stwierdziłem, że przybysze nie szukali w obejściu ojca, tylko potrzebny im był nasz wóz i koń. Kazali zaprząc konia, a wóz wyścielić słomą, z tyłu zrobić siedzenie i za godzinę stawić się przed "arbeitsamtem". Ponieważ nieźle już powoziłem, dziadzio kazał jechać mnie. Podjechałem pod wskazany urząd i zobaczyłem, jak do wozu podchodzi ten sam ukraiński policjant, który był u nas na podwórzu. Wsiadł i kazał wieść się do Olejowa. Pojechałem najkrótszą drogą, koło ruskiego boku. Przed zjazdem w dół, koło Snihura, trzeba było zahamować wóz.

Zeskoczyłem, odczepiłem łańcuch i przeciągnąłem go przez koło. Zjechałem w dół, ale zatrzymałem się za blisko, co spowodowało, że łańcuch bardzo się napiął. Nie miałem siły, żeby go poluzować. Ukrainiec zobaczywszy moje zmaganie zszedł z wozu, wziął lejce i cofnął konia tak, aby łańcuch się poluzował. Zdołałem wyhamować. Dojechaliśmy do gościńca. Mój pasażer miał około 30 lat i był lekko podpity. Trzymał karabin między nogami i coś sobie podśpiewywał. W pewnej chwili zapytał mnie, czy wiem, gdzie w Olejowie jest gestapo. Nie miałem pojęcia. Dowiozłem niemieckiego sługusa do celu, ciesząc się ze spełnionego obowiązku. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, bo słońce było już nisko. Dojechawszy, wyprzągłem konia i dałem mu sieczki. Tato przemknął się ostrożnie do pasieki i przyszedł do mieszkania. Od stryjny Kowalichy dowiedział się o mojej wycieczce. W domu stwierdziliśmy, że zasuwa od strychu była odsunięta. Dobrze, że ojca tam nie było, bo dzięki temu uniknął katowania, a może nawet śmierci. Ze strachu i jako człowiek przezorny postanowił jeszcze kilka następnych nocy spędzić w stodole.

****
KONIEC CZĘŚCI TRZYNASTEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019