dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3374901 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: "Kazimierz Olender, "Zapamiętane z dzieciństwa". Sanok 2000, Agencja Wydawnicza "Drukiem".]


W tym czasie wszyscy już wiedzieli o zamiarach Hitlera. Tato codziennie wieczorem chodził do stryka Michała na "Klin" i wracał późną nocą. Przynosił wiadomości usłyszane przez radio Londyn. Słuchanie tych audycji było, oczywiście, absolutnie zakazane, w związku z czym urządzenie należało bardzo dobrze zakonspirować. Antena była rozciągnięta w dużej stodole pod samą strzechą, odchodzące od niej druciki ukryto pod ziemią i przeciągnięto do kuchni. Po wysłuchaniu dziennika stryk uważnie odłączał słuchawkę i ukrywał ją w ciasnej dziurze.

We wsi jakby nic się nie zmieniało. Józio Pelczak, bębniąc w bęben, wciąż ogłaszał komunikaty sowietów, najczęściej dotyczące trzymania w pełnym pogotowiu wyznaczonych przez wójta furmanek. Wiedzieliśmy już, że niemiecki samoloty bombardują Lwów, a nawet Złoczów i że jeden diabeł odchodzi, a drugi nadchodzi.

Wojska niemieckie, które ruszyły spod Sanu i Wisły, dotarły do Trościańca pod koniec lipca. Żyto już się bieliło. Sowieci zaczęli w popłochu uciekać, najczęściej polami, tratując nie skoszone jeszcze zboże. Z ciekawością biegaliśmy po wydeptanych ścieżkach, licząc na to, że może któryś z żołnierzy coś zgubił lub zostawił. Moja siostra Gienia, pasąc krowy na "słotowym polu", znalazła nową radziecką pałatkę. Zobaczywszy to, biegałem po polach razem z bratem Jasiem i szukałem "skarbów". Nieczego jednak nie znaleźliśmy z wyjątkiem szczątków ludzkich pozostawionych przez Sowietów. Ktoś powiedział, że w trościanieckim lesie Sowieci sprzedają, a raczej porzucają, nawet konie. Mój tato wybrał się więc z kimś na poszukiwania, ale nie wrócił z koniem, tylko z jednodrzwiową szafą z dykty.

Ponieważ Niemcy byli już blisko i opanowali główne drogi, Rosjanie porzucili w olejowskim lesie kilka czołgów. Jeden z żołnierzy nie chciał widocznie pozostawić swego, przedarł się przez białokiernickie pola obok naszego "łanu" i podążył do trościanieckiego lasu. Potem, pewnego bardzo upalnego popołudnia sam widziałem, jak przejeżdżający koło naszego domu Sowieci uciekali z maksymalną prędkością samochodem ciężarowym, z którego zdjęto skrzynię i pozostawiono tylko żelazną konstrukcję. Właśnie z tyłu, kurczowo trzymając się metalowych drążków konstrukcji, jechał sowiecki żołnierz. Był tak brudny i zakurzony, że w słońcu świeciły mu się oczy i zęby.

Przez kilka następnych dni było cicho. Potem usłyszeliśmy warkot niemieckich czołgów jadących po gościńcu. Przody zmotoryzowanych wojsk niemieckich parły na wschód. Przemieszczały się tak szybko, że radziecka piechota nie nadążała z ucieczką. Pewnego wieczoru Franio Kusiak przyprowadził do nas pięciu sowieckich szeregowców z karabinami. Byli smutni, umorusani i zmęczeni. Kobiety dały im chleb i mleko. Potem żołnierze ułożyli się na słomie w stodole i zasnęli kamiennym snem.

Następnego dnia obudziłem się rano i usłyszałem warkot niemieckich samochodów, które wjechały od strony Załoziec. Ustawiły się w jednej linii, w dwudziestometrowych odstępach. Były to lekkie samochody, tzw. gaziki. Przy każdym z nich stał oparty o maskę szofer. Co jakiś czas mężczyźni ci przekazywali sobie nadchodzące meldunki. Franio Kusiak bardzo się zdenerwował i wystraszył. Nie wiedział, co zrobić z ukrytymi Sowietami, którzy uzbrojeni mogą zacząć stawiać opór Niemcom. Poszedł więc do stodoły. Ruszyłem za nim. Żołnierze wiedzieli już o przybyciu Niemców. Kusiak, który był po zasadniczej służbie wojskowej, zaczął namawiać Sowietów do poddania się, argumentując, że ich opór w tej sytuacji nie ma już najmniejszego sensu. Sowieci ulegli. Pozostawili karabiny w stodole, wstali i wyszli. Nie pamiętam, czy zostawili też pasy, czy też wciąż mieli je na sobie. Franio Kusiak poprowadził ich do drogi najpierw ścieżką między zabudowaniami, która miała około 70 metrów, a potem uliczką. Zauważył to jeden z Niemców, natychmiast skierował w ich stronę karabin maszynowy i wykrzyknął:

- Hande hoch! - Sowieci podnieśli ręce i poszli. Niemieccy żołnierze nie uwierzyli, że to już wszyscy Rosjanie i poszli do stodoły sprawdzić. Tam znaleźli broń, a potem powierzchownie przeszukali obejście. Poszedłem za wychodzącymi Niemcami na drogę i zobaczyłem, że na ogród, a raczej na pole Jana Gałuszki hitlerowcy przywiedli ponad 150 rosyjskich jeńców. Około południa ludzie zaczęli mówić, że Niemcy będą rozstrzeliwać jeńców tu, w ogrodzie Gałuszki. Uciekłem do domu. Wszyscy nasłuchiwaliśmy, kiedy rozlegną się strzały. Te jednak nie nastąpiły. Po godzinie 14.00 zobaczyliśmy, jak Niemcy prowadzą sowieckich żołnierzy drogą w kierunku Załoziec, na krzyżówkę koło gościńca. Już za nimi nie pobiegłem, bo mama mi nie pozwoliła. Po kilku godzinach rozległy się strzały z broni maszynowej.

Od naszego domu do skrzyżowania było około 2,5 km. Niemcy ustawili jeńców w dwuszeregu, twarzą w kierunku północnym i zaczęli strzelać im w plecy. Rozległy się zatrważające krzyki umierających. Niektórzy z nich, już w agonii, zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Hitlerowcy strzelali do nich tak długo, póki przestali dawać jakiekolwiek oznaki życia, a tych, którzy jeszcze mimo tego się ruszali, dobijano z krótkiej broni. Jeńców było w sumie 186. Po tym zdarzeniu Niemcy pojechali dalej na wschód, zakazując grzebania trupów. Chcieli w ten złowieszczy sposób udowodnić przybywającym po nich formacjom, że droga jest wolna.

Po pewnym czasie nowo przybyłe władze niemieckie zaczęły gromadzić mężczyzn z Trościańca do grzebania zwłok. Ktoś także przyszedł po naszego tatę, ale ten odmówił. Po paru tygodniach tato, jak zwykle wieczorem, wrócił od stryka Michała i doniósł nam, że jeden z Sowietów cudem uniknął śmierci. Przywalony trupami kolegów przeleżał cichutko do wieczora, jakoś się oswobodził i dotarł do swoich. Tam opowiedział o masakrze, wymieniając przy tym miejsce zdarzenia - Trościaniec. Dziś w miejscu rozstrzelania stoi wielki obelisk z datą i liczbą poległych. Przez 45 lat odbywały się tam capstrzyki z okazji wielkich sowieckich świąt i, w obecności spędzonej okolicznej ludności i uczniów wszystkich szkół, odczytywano wielkie referaty o bohaterskiej i niezwyciężonej Armii Czerwonej.

Była już pełnia lata 1941 roku. Pewnego słonecznego dnia mama śmiało weszła do części domu zajmowanego przez Skałubów, wkroczyła do alkierza, w którym były kury i wykrzyknęła:

- Co zrobiłaś z moją podłogą, ty ofermo! - Skałubowa odburknęła:

- A co tobie do tego! - Rozpoczęła się kłótnia. Usłyszawszy krzyki, do pomieszczenia wpadł tato i zamachnął się na Skałubową. Zaczął się jeszcze większy krzyk. Nagle wszedł Skałuba i widząc, co się dzieje, poprosił ojca, żeby przestał się kłócić. Tato wskazał palcem na drzwi i powiedział:

- Wynocha mi stąd, ale już! - na co Skałuba odrzekł, że wyprowadzi się jeszcze dzisiaj. Wyszedł z domu, a przed wieczorem przyjechał z jakimś furmanem spoza Trościańca i zapakowawszy swe rzeczy odjechał wraz z rodziną, bez pożegnania, w kierunku Manajowa.


Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Dlatego, że pozbyliśmy się lokatora i dlatego, że uniknęliśmy wywózki na Sybir. Prawdopodobnie byliśmy już na liście wywózki w trzeciej turze. Moja najstarsza siostra Zosia właśnie z tego względu już parę nocy nie spała w domu, lecz u ciotki Stefki.

****
KONIEC CZĘŚCI ÓSMEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część





 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018