dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3368492 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[Źródło: "Księga pamiątkowa i adresowa wygnańców wojennych z Galicyi i Bukowiny 1914-1915 Część III. Prowincja i Bukowina". Wiedeń 1915
Artykuł o obozie w Choceniu w części albumowej, bez numerów stron, przy trzech zdjęciach z Chocenia.] Zachowano oryginalną pisownię.

Na ogromnej przestrzeni gruntów, stanowiących własność fabrykanta z Chocni, p. Rubitszka, a sąsiadujących z miastem Chocnią, stanął gród drewniany, który na okres wojny daje przytułek dwudziestu dwu tysiącom wychodźców narodowości polskiej z Galicyi.

Miejsce samo pod wielu względami pomyślnie zostało wybrane. Ledwie 10 minut oddalone od miasta Chocni, które jest stacyą kolei żelaznej, - położenie wdzięczne wśród lasów, zdrowa woda w pobliżu, wreszcie możność użytkowania prądu elektrycznego, dającego się doprowadzić z fabryki sąsiedniej - oto najgłówniejsze względy, które rozstrzygnęły o wyborze miejsca. Sam obóz barakowy stanowi 37 ogromnych baraków o długości 66 metrów, a szerokości 13 metr., przeznaczonych wyłącznie na mieszkania. Budynki są 4 metry wysokie, podzielone na dwie hale, zaopatrzone w podwójne ściany dla ochrony przed zimnem. Poza tem jest jeszcze 14 budynków: administracyjny, magazyny prowiantowe, duży budynek szkolny, zakład kąpielowy, pralnia, szpital, warsztaty i t. d.

Cały kompleks otoczony jest płotem. Wnętrze baraków podzielone jest ściankami na oddziały, które zamieszkują poszczególne rodziny wychodźcze lub poszczególni wychodźcy, należący do tej samej warstwy społecznej, w grupach odrębnych. Każdy barak podzielony jest na 8 oddziałów, w każdym zaś oddziale jest jeden przywódca. Ten przestrzega przepisów policyjnych, prowadzi ewidencyę wychodźców swego oddziału, on donosi o dostrzeżonej chorobie, o wszelkich wypadkach, stara się o żywność dla swoich ludzi, którą we właściwych porach i ilościach dla każdego oddziału na jego zlecenie z kuchni się pobiera i wedle jego wskazówek poszczególnych uchodźcom wydziela. Dla trzech baraków przypada jedna kuchnia, która musi ugotować pożywienie dla 1300 osób w czterech kotłach o pojemności po 400 litrów. Olbrzymie ogniska patentowane, systemu Weczerka, służą do gotowania jarzyn, zup ew. mięsa. Z reguły dla wszystkich wychodźców gotuje się jednego dnia wedle tego samego jadłospisu. Postępuje się przytem tak samo, jak w masowych zakładach, kasarniach, szpitalach i t. p. Wedle ilości osób, mających się wyżywić, wydaje się z magazynu prowiantowego ściśle odważoną ilość artykułów spożywczych tak, by wystarczały na normalną porcyę dla każdego. Spis potraw zmienia się podług możliwości. Rano herbata, lub kawa z mlekiem, na obiad zupa i jedno danie, a to knedle, ryż, grysik, marchew, ziemniaki, groch i t. p. W niedzielę każdy dostaje mięso. Prócz tego otrzymuje każdy codziennie 80 dkg. chleba. Koszta wiktu na osobę wynoszą 56 hal. Cały ogromny i skomplikowany aparat sprowadzania środków żywności, urządzenia kuchen i codziennego wyżywienia tysięcy ludzi, przeprowadził do skutku szef aprowizacyi p. Emanuel Oppel z Pragi. O utrzymanie porządku stara się kontyngent żandarmeryi, a straż utworzona z pośród wychodźców pełni dzień i noc służbę bezpieczeństwa przed ogniem. W całym okręgu baraków zakazane jest bezwarunkowo palenie tytoniu i używanie alkoholu.

Przeważna część wychodźców należy do warstwy najuboższych; wygnańcy ci, przyzwyczajeni do ciężkich warunków bytu, stosunki panujące w barakach znoszą względnie dobrze, intelligencya i lepiej usytuowani wychodźcy odczuwają natomiast bardzo boleśnie swój nagły upadek społeczny, tem więcej, że brak im wszelkiej umysłowej odmiany i rozrywki. Nadludzką wprost pracę nad utrzymaniem zdrowia wychodźców spełnia lekarz Dr. Julian Ustrzycki (z Podkamienia); sam załatwia ambulatoryum i prowadzi apteczkę domową. Na czele całej kolonii stał początkowo Sekretarz Namiestnictwa p. Adolf Walles. Polak z urodzenia, którego energii i oględności należy zawdzięczać, że cały ten olbrzymi aparat funkcyonował znośnie. Dla żądań wychodźców miał zawsze ucho życzliwe i wiele ciepłego zrozumienia i starał się z przydzielonymi mu do pomocy urzędnikami działalnością prawdziwie ludzką los biednych wychodźców wedle możności złagodzić. Niestety w dniu 25. marca b. r. śmierć, zbierająca tak obfite żniwo wśród Polonii Choceńskiej, zabrała także ukochanego przez wszystkich wychodźców opiekuna ich. Św. p. Walles był Polakiem pochodzącym z Galicyi; mimo tego, że wychował się i wykształcił w Czechach, do ostatnich chwil życia czuł żywo ze wszystkiem co polskie i wedle sił swoich starał się ulżyć ciężkiej doli naszych wygnańców, to też pamięć jego pozostanie na zawsze w sercach wszystkich mieszkańców kolonii choceńskiej.

* * *

A oto jak opisuje swe wrażenia z wizyty w barakach znany opiekun wychodźców, ks. Lagosz:

"Chotzen! Chotzen!" wykrzykuje konduktor, biegnąc wzdłuż pociągu. Okrzyk ten przyniósł mi wrażenie ulgi, przybyłem bowiem do celu po długiej i męczącej podróży. Wysiadłszy szybko z pociągu, spojrzałem na zegarek, który właśnie wskazywał 4 godzinę z rana. Musiałem zrezygnować na razie z przyjemności zobaczenia polskiego miasta w Czechach i udałem się na krótki spoczynek. Ale już około 8 rano podążyłem ulicami czeskiego miasta i w ciągu niespełna kwadransa zbliżyłem się pod drugie, ale już polskie miasto barakowe w Chocni. Zdala widać wysokie, drewniane budynki, oznaczone liczbami, o kilka metrów od siebie oddalone. Jest tych budynków 37, a każdy z nich pomieścić może 550 osób. Wszedłem do budynku oznaczonego wielką liczbą 3. Korytarz wzdłuż i wszerz dzieli budynek na cztery części, każda zaś z tych części zawiera kilkadziesiąt klatek, z trzech stron oszalowanych deskami, z czwartej zasłoniętych płócienną kotarą. W każdej takiej klatce, zbudowanej na wysokość mężczyzny, leżą na ziemi sienniki, na ścianie wisi parę garnuszków lub stare ubranie - to wszystko. Tak wygląda mieszkanie jednej rodziny, złożonej nieraz z kilku osób z dziećmi.

A jakie powietrze, światło i ciepło, te trzy czynniki, tak niezbędne w życiu człowieka? - Powietrze, rzecz naturalna - przegniłe - cuchnące, a co do światła i ciepła, to są one bardzo nierównomiernie między poszczególne klatki rozdzielone. Ci, którzy mieszkają w klatkach od zewnątrz, po odsunięciu kotar mają światło, ale zato ciepła nie mają, ci, którzy zamieszkują klatki od wewnątrz, mają jakie takie ciepło, wydzielane przez dwa wielkie piece (Ks. Lagosz odbywał swą podróż zimą. Przyp. Red.) stojące na środku budynku, muszą jednak ze światła zrezygnować.

Ze środkowego korytarza prowadzą drewniane schody na piąterko, znacznie niższe od parteru. Na piąterku te same klatki, więcej dusznego powietrza, a dlatego najmniej światła. Płacz chorych dzieci, gra chłopców na ustnych harmonijkach, kłótnia kilku kobiet o miejsce na wieszanie wypranych dziecięcych pieluszek, głośne a surowe rozkazy komendanta baraku, napełniają ciekawy ten dom takim gwarem i niepokojem, że człowiek stara się co prędzej opuścić to przykre miejsce tułactwa i nędzy ludzkiej. Odchodząc stamtąd spotkałem na środku korytarza starego, poważnego chłopa, w letniem ubraniu, w naciśniętym na czoło kapeluszu i zagadnąłem go: Jakże się wam powodzi? - Przystanął, popatrzył na mnie niedowierzająco, łzy zakręciły mu się w oczach, machnął ręką i nic nie odpowiedziawszy, oddalił się. Otrzymawszy taką odpowiedź, nie śmiałem już drugi raz pytać o powodzenie.

Wychodząc, zobaczyłem o kilkanaście metrów od baraku nową, wysoką budowlę: drewniany kościół. Kościół ten jest już pod dachem, lecz jeszcze nie wykończony. Tuż obok kościoła, który zmieścić może około 2.000 ludzi, ciągnie się długi, parterowy budynek "administracyjny", a w środku tegoż nad drzwiami napis: "kancelarya lekarza". Lekarzem baraków jest Dr. Ustrzycki z Podkamienia. Jaka kolosalna praca panuje w kancelaryi lekarza, a zarazem jaki jest stan zdrowotny wśród mieszkańców baraku, niech świadczą następujące cyfry: W ciągu 6 tygodni ordynacyi ten jeden jedyny człowiek zaszczepił przeciwko ospie 1492 osób, a udzielił porad lekarskich w 1616 wypadkach, nieraz bardzo poważnych. Tuż przedemną wyszła z kancelaryi lekarza staruszka 80-letnia, która jeszcze przed dwoma miesiącami znajdowała się na terenie wojny i została trafiona kulą w rękę, z której dopiero po dwóch miesiącach wyjęto kulę.

Wszystkim wychodźcom udziela się pomocy na miejscu, tylko zakaźne przypadki odsyła się do szpitala w Chocni. Nic dziwnego, że przy takich stosunkach sanitarnych znaczna śmiertelność panuje wśród mieszkańców baraków. W ciągu niespełna jednego miesiąca odbyło się przeszło 50 pogrzebów.

Pewien kapłan tak opisuje pogrzeby polskich dzieci w Chocni: "Trzeba mieć silne nerwy i trochę skamienieć, aby na to patrzeć. Wyobraźcie sobie taki widok: W trupiarni na stołach leży pięć trumienek, w nich zwłoki dzieci, w tem dwaj braciszkowie. Grupka ludzi z kolonii - zanoszące się od płaczu matki. Ksiądz pokropił, składają ich na jedne mary obok siebie. Na cmentarzu jeden wielki, prostolinijny dół - to mogiła polskiej dziatwy. Spuszczają trumienki i układają jedną obok drugiej, potęguje się szlochanie matek; istny obraz Grottgerowski".

Szkoła i czytelnia zostają otwarte w dniach najbliższych. Zaangażowano do niej 13 sił nauczycielskich. W ogólności obecnie mieszka tu 5.000 ludzi, a świeże transporty napływają co kilka dni. Ogółem znajdzie pomieszczenie w barakach 22.000 ludzi. Przechodzę obecnie do najważniejszego pytania: kto winien takiej nędzy w barakach? Baraki zbudował rząd kosztem pół miliona koron, który po zupełnem urządzeniu podwoi się niewątpliwie. Rząd okazuje wiele przychylności i stara się o możliwie wygodne pomieszczenie tych nieszczęśliwych wychodźców. Więc rządu winić nie można. Fatalnym był tylko sam pomysł budowy baraków i pomieszczenia w nich ludzi z Galicyi. Niektórzy posłowie wnosili też memoryały do rządu - aby w owych barakach pomieścić jeńców wojennych. Zdaje się, że obecnie już za późno. To też wysiłki rządu i akcya stowarzyszeń dobroczynnych powinny iść w tym kierunku, aby ile możności zredukować przynajmniej do połowy liczbę mieszkańców baraku a nadto, aby usunąć jaskrawe braki i niedomagania systemu barakowego i w ten sposób uchronić ludność od szkód fizycznych i moralnych - jakie płyną z konieczności wspólnego pożycia w barakach."

Niniejszy tekst z "Księgi pamiątkowej i adresowej wygnańców wojennych ..." (bez wspomnień doktora Lagosza) okazał się być przepisanym - prawie słowo w słowo - artykułem "Miasto baraków w Choceni" ("Dziennik Poznański" nr 288 z 16 grudnia 1914 za "Prager Tagblatt"). Redaktorzy "Księgi pamiątkowej..." opuścili jedynie nieaktualne już w 1915 roku liczby i przeredagowali ostatni akapit o Adolfie Wallesie, w 1915 roku już nieżyjącym.

Polski obóz uchodźców w Chocni - barak główny
Choceń barak główny

Szkoła i kościół w barakach
Choceń szkoła i kościół

Kuchnia w barakach w porze obiadowej
Choceń kuchnia


Z tej samej książki fr. relacji kobiety - uchodźcy z Dory koło Nadwórnej, podpisana "Marya J., Cieszyn w lipcu 1915" str. LXXXV-LXXXVI. Zachowana oryginalna pisownia

Byłyśmy pierwszym "transportem" w barakach w Chocni dnia 19 października. Tam jednak niepodobnem było przyzwyczaić się do gwaru, zgiełku, do wiktu, oraz do owego publicznego życia w klatkach i stykania się z rozmaitymi ludźmi. Obawa chorób zakaźnych, nędzy i zimna, gdyż cienkie ściany z desek nie dawały żadnego zabezpieczenia na zimę - spowodowały, żeśmy wróciły po jednotygodniowym tamże pobycie do Cieszyna, gdzie otrzymałam posadę w kancelaryi adwokackiej. (...)

inne materiały

Pracownice szpitala w polskim obozie uchodźców w Choceniu, zdjęcie z 1917 roku (z rodzinnych pamiątek potomków Dajczaków - Halaburdów z Bzowicy).

Choceń pracownice szpitala

opis na odwrocie:
Choceń dedykacja


Czeska widokówka z czasów I wojny światowej - polska kolonia w Choceniu, kościół i szkoła. Ze zbiorów Pana Marka Pietrzaka.

Choceń widokówka



W INTERNECIE

Widok ogólny polskiego obozu z czeskiej strony internetowej o mieście Choceń
http://pirko.lphard.cz/chocen/pics/11j.html



 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018