Polowania na słonkę w lasach olejowskich cz.4
Dodane przez Remek dnia Wrzesień 09 2012 21:10:20
[źródło: Łowiec. Rok III. Nr 5. Lwów, dnia 1. Maja 1880. Rubryka "Korespondencye". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów, 3 Kwietnia.

Wezwanie p. K. Remiszewskiego w korespondencyi z Krasiczyna trafiło do mej duszy myśliwskiej, jak akord harmonijny, więc spieszę z objawieniem mego zdania.

Wniosek dążący do zakazu polowania na słonki w czasie wiosennego przelotu, musi przejąć smutkiem i niepokojem każdego myśliwego w latach klęsk elementarnych, głodu, trosk i kłopotów, w latach cisnących chmurami duszę i umysł, bez swobody i rozrywek, bo serce zasmucone, myśl gnębiona niepokojem śród trudności wyjścia z tego koła bezowocnej walki, ofiarnej a jałowej pracy, wszędzie żałoba i trwoga o przyszłość, wszędzie niezadowolenie i przestraszający ferment, zwiastujący zmiany wcale dla nas nie rokujące. Z zawieszeniem strzelby l Lutego już nam zamknięty raj swobody, odjęty środek rozpędzania gromadzących się zewsząd chmur, przebywamy wreszcie ów miesiąc mrozów, śnieżnic i zadymek, topimy się w mokrym i błotnym Marcu, i wstępujemy w kapryśny, zawodny, chimeryczny Kwiecień, przeplatany lodowatym deszczem, przymrozkami, i torujący nam drogi istotnie nie do przebycia.

Pewnie nie znajdzie się wieszcz optymista z odwagą opiewania polskiej wiosny w tym brudnym miesiącu, nader rzadko w połowie jego pojawi się dzień nie nawidzony orkanami i dokuczliwą słotą, wieleż więc polowań możemy odbyć zwłaszcza gdy lasy nieco oddalone a drogi nieprzystępne? Stosunek ubijanych słonek do wędrujących może być uważany jak kropla wody do całego morza, a gdy się powietrze ogrzeje i uspokoi, już nasze długodzióby pociągnęły na północ i w góry.

Wreszcie pojawia się ów dzień upragniony, wyruszamy w las z zaostrzonym wzrokiem i słuchem, z usposobieniem szczęścia i zadowolenia. Jeszcze ziemia nie może zrzucić ani wypić lodowatych plastrów śniegu, przyroda z zimowego snu ledwie się budzi, leniwa i zaspana, nieradna i nieczysta, ledwie leszczynie dozwala wypuścić skromne karminowe strzały, osice wiszące kędziorki a iwie palmy zwiastujące zmartwychwstanie, ostrożna i jeszcze skąpa, wypuszcza ozdobne pokrzywniki i cytrynki, owe barwiste motylki, zachęcające nas do porzucenia zadusznych mieszkań i zjednoczenia z odradzającą się roślinnością i balsamiczną wonią. Na kogo wzrok mój padnie, ma uśmiech na ustach, oczy błyszczące, płuca pełne dobroczynnego powietrza, każdy dobry, swobodny, zadowolony. Wreszcie rozstawiamy się lub idziemy rzędem, czekając na hałaśliwe burknięcie oczekiwanej słonki, lub też na elektrycznie działający wykrzyk tire-haut(*), między nogami plątają się zające zatrudnione miłośnemi sprawami, niezważając na swego zimowego wroga, rozżarte w walce, gniewne, bo nie zaspokojone, dzień cały walczą lub też prześladują już i tak do zbytku zdeptane i pogryzione zajęczyce, zaszargane w ucieczce, a pragnące spokojnego i cichego wesela.

Wreszcie słońce nas żegna, a woń przyrody wskrzesza, każdy staje kierowany instynktem lub doświadczeniem, i cisza się rozściela. Jeszcze słychać gęganie ciągnących gęsi, widać klucze żurawi, spostrzegamy rozpustnego kaczora uwodzącego nie bardzo broniącą się kaczkę, pędzoną gdzieś w pola i na mokre łąki, aby tam spędzić noc nigdy nie zapomniana, gdyby cienie szyją w powietrzu błotne ptaki, a krążące drapieżne wrogi ptactwa czatują na wieczerzę. Stoję sam, ludzi mi nie potrzeba, wznoszę myśl dziękczynną ku sklepieniu niebios, wdzięczny za tę chwilę pokoju i swobody. Przedemną siada Raszka, wypina swą ceglastą pierś, poczyna nucić czekając na przylot samiczki, początkująca to muzykantka, zmęczona podróżą, wprawia się do koncertu; z łoskotem zrywa się aksamitny kos złotodzioby, zaśpiewał i zatrąbił jakby toast wnosił na moją cześć, siada na konarze wysoko, i melodyjnemi nutami kołysze mi wyobraźnię; dalej drozd śpiewak, ten wierny bard naszych lasów, fletowymi tonami stwarza smętną i żałobną harmonię - istny śpiew tęsknoty - mimowolnie wzrok i słuch ku sobie pociąga. Tam zabeczał rogacz ocierający swe mszyste rogi o gałęzie, tu miga mi szkodnik rudy, pokazując koniec biały kity, a zające do uprzykrzenia w moich oczach odbywają zaloty.

Wtem odezwało się chrapnięcie, i skromny świst usłyszałem, wznoszę oczy, i spostrzegam oczekiwanego przez sześć miesięcy ptaka, ze skrzydłami w kosę wyciętemi, z dziobem gdyby sterem prującym powietrze, wyzywającym do walki i do pieszczoty. Niebawem pojawia się drugi, kształtny cień cichszy, widocznie skromniejszy i bojaźliwszy, dąży za pierwszym, zespalają się razem, skrzydłami trącają, znowu się rozłączają i zchodzą, aby się do siebie przytulić, nareszcie opodal siadają nad kałużą, odważnie wchodzą w wodę podnosząc ogonki i nieco skrzydła. Zdawałoby się, iż jak zbytecznie długie nosy u ludzi utrudniają pocałunek, tak przedłużony dziób u słonki przeszkadza w pieszczotach, mylne to jednak mniemanie, owymi dziobami głaszczą się po piórach, dobywają z wody robaki i ślimaki, w pełni używają uczty weselnej. Niestety przedemną cienie niewyraźne nie dozwalające strzału, lecz niebawem nadlatuje kawaler czy wdowiec, chrapie szepcze czule przelatując nad głową, pojawia się druga, trzecia para słonek, jakby w śnie czarodziejskim, - stałbym tam przez całe życie nigdy nie przesycony, lecz w końcu noc ciemna wypędza mnie z raju. Umysł zajęty widzianymi obrazami, myśl pracująca nad wyborem jutrzejszego stanowiska, dusza przejęta harmonią tonów przyrody, usposobienie zrezygnowane dla użycia owych rozkoszy na brodzenie w błocie, na utykanie po dziurach, na chłód i głód. Noc taka nastraja do uroczych marzeń - a wy te tęczowe barwy w życiu myśliwskiem pragniecie zniszczyć, w grobie domowym nas trzymać, zamknąć nam las z jego czarującemi tajemnicami, a nie pytacie wy niby ptasi protektorowie, azali i jaką rzeź w owym rodzie zwierząt sprawiliśmy! Zaiste zdobyczą naszą niepodobna napełnić nawet półmisek przeznaczony dla nielicznej rodziny - ale natomiast rozkosz w duszy, umysł swobodny, a w sumieniu nie cięży nadmiar zbrodni.

Pragniecie Ustawy wzbraniającej nam tego szczęścia, - Ustawę taką uważałbym za nowoczesną torturę, i raczej wolałbym oniemieć, jak dorzucić głos przyzwolenia do owego wniosku. Nie tylko mieści się w nim okrucieństwo jakoby z czasów Nerona, ale nadto cel zupełnie chybiony, pożytek nader problematyczny, bo czterdziestoletnie doświadczenie mnie uczy, iż mimo wolności strzelania słonek na wiosnę liczba ich się nie zmniejsza, owszem wzrasta, czego dowodzą lata 1873, 1874, 1878, 1879 wykazujące liczny ciąg tak wiosenny jak jesienny. Słusznie twierdzi hr. Baworowski, że ciąg tych elektryzujących nas ptaków zależy od przyczyn atmosferycznych, i długo trwające w porze wiosennej północno zachodnie wiatry wstrzymują ciąg, a wtedy odbywa się on jakby pospiesznym pociągiem, nie pozostawiając nam wędrowców. Jedno tylko znam dla słonek istotne niebezpieczeństwo, mianowicie wtedy, gdy w terminie przylecą, a powita ich śnieżna, zimna słota, i przeciwne wiatry niedozwolą dalszej podróży do letniej siedziby - lecz to się zdarza nader rzadko.

Od lat trzydziestu zapisuję termina ich przybycia i odlotu, owoż w tym przeciągu czasu pojawiły się licznie trzy razy tylko przed dniem św. Józefa, w innych zaś latach dopiero w pierwszych dniach Kwietnia, odlatywały zaś koło 16-18 tegoż miesiąca. Słonki pozostające u nas po dniu 20 Kwietnia uważam za przypadkowo zatrzymane, lub też pozostające dla lęgu. Mamy więc zaledwie 15 dni ciągu, odliczywszy dnie słoty i wichrów, tyle nieprzyjaznych polowaniu na słonki, polujemy tylko 8-10 dni, jakąż to szkodę wyrządzić można w tak krótkim czasie? Przeciętnie leci ich razem sześć, czworo przychówku i rodzice, i w takiej liczbie najczęściej w lesie zapadają; przy spóźnionym ciągu już lecą parami, pojedynczo nadliczbowe samce; jeżeli zaś napotykamy gromadnie żerujące słonki, to jedynie wtedy, gdy stadko jedno za drugiem przybywało do nas, a wichry i śnieżnice wstrzymały dalsza podróż, lub też, gdy świeżo spadłe śniegi nie dozwoliły lecieć w góry. Dwa tylko lata z zimną i kapryśna wiosna napędziły hurma słonki do moich lasów, w innych latach nigdy nie przybywały gromadnie. Olejów zdaje się leżeć na słonczym szlaku. a przecież go owe lube ptaki nieraz omijają, toż wiele mam zapisanych wiosen nie wykazujących więcej jak dwadzieścia kilka mimo kontroli, policyi myśliwskiej, sumiennego i pracowitego polowania we wszystkich rewirach. Pamiętam lata śnieżne, w których ledwie kilka godzin spoczęły i dalej powędrowały. Wierzyć nie chciałem, gdy mi służba leśna opowiadała, że jak kurki po śniegu biegają, później wszakże o tem nieraz się naocznie przekonałem

Ciąg wiosenny jest zawodny, dręczący a często i zniechęcający. Ileż to razy zapowiadano mi słonki na uboczach ku wschodowi i południowi, a nazajutrz ani jednej nie było! Ile razy po polowaniu wieczernym zostawiliśmy je a nad ranem już ani jednej nie było! Na pozostanie stalsze słonek u nas przez kilka dni wpływa nie tylko powietrze i temperatura, lecz głównie żer. Dziś zapadłe w jednym lasku, jutro przenoszą się do sąsiedniego obfitującego w pożywienie. - Bez sprawdzenia anatomicznego trudno, a dla mnie niemożliwe rozróżnienie samca od samicy wobec tak rozlicznych odmian w upierzeniu, kilka razy zdawało mi się, że wykryłem odznaki charakterystyczne, w końcu jednak okazało się, żem poszukiwał kamienia filozoficznego. Przypuszczam, iż jak w każdym gatunku ptaków, tak również u słonek przeważna jest liczba samców, jakoż niegdyś ze skalpelem w ręku sprawdzałem płeć i często kilka samców na bok odłożyłem, zanim samiczka dostała mi się w rękę.

Kto na wiosnę w Karpatach polował na głuszce, lub za nimi chodził, kto wiele nocy w górach przepędził w lesie, ten się dowiedział, jak olbrzymia jest tam ilość gnieżdżących się słonek, nie znających huku strzału ani prześladowania. Te to słonki spędzone przedwczesnymi, jesiennymi śniegami dostarczają nam uroczych polowań. Słonki pojedyncze lub po kilka par gnieżdżą się we wszystkich naszych lasach, a niedyskretne zachowanie się samców zdradza je, zawsze jednak potrzebują w pobliżu wody do zaspokojenia pragnienia po spożytych żuczkach i ślimaczkach. Znalazłem w życiu kilkanaście zniesień, nigdy wszakże przed 22 Kwietnia, kiedy już nie polujemy, słonki się cisną do bagnistych lasów, na wiosnę zalanych i dla myśliwych zupełnie nieprzystępnych, i tam mają bezpieczne asillum. W myśliwskiem mojem archiwum, w ciągu całego mego życia, zapisane są tylko dwie słonki zabite z jaj, okazujące wytartem pierzem na piersiach spełnione obowiązki lęgu. Myślę, że stosunek pięciu do stu jest słuszny, pierwsza cyfra przypada na wiosnę, druga na jesień. Doświadczenie stwierdza, że słonka nie znosi ciepła, szuka kąpieli, posuwa się ku śniegom, zamieszkuje stoki północne gór, unikając słońca, z tej więc przyczyny, gdy promienie słońca przyrodę ze snu obudzą, ona się wynosi. Pocieszna jest w tym nieznośnym dla siebie stanie, z meszkiem, które istotne stanowi futro, jak się kładzie, rozpuszcza skrzydła, ogon podnosi, ciężko oddecha, a czasem zachrapie, widocznie ciepłem rozstrojona a za leniwa do poderwania się.

Miewałem dawniej od Towarzystw ornitologicznych sprawozdania listowne o ciągu ptaków i dziesiątkowaniu strudzonych wędrowców. Wyspy archipelagu, Cypru, Malty, częstokroć neapolitańskie wybrzeża krociami mordują słonki strzelbami, kijami i sidłami. Na wielu wyspach przybyła awangarda wywołuje cała ludność na brzegi morskie, i mordowanie jest hasłem do ukończenia ciągu. W jesieni znowu na brzegach Azyi i Afryki czekają wrogi na słonki, a często one wysoko lecąc, pędzone orkanami, dalej lecą niż miały zamiar, i zapadają tak zmęczone, że się ręką dają brać. Miałem raz list z pod Libanu opisujący urządzoną rzeź kijami na słonki, uciekające piechotą do krzaków, nie mogące się poderwać. Mój na mnie wielce łaskawy kolega ornitolog Kiverbelling przysyłał mi przez kilka lat raporta o zabitych słonkach na brzegach Norwegii i Szwecyi, i w nich znajdowały się istotnie zadziwiające cyfry ubitych słonek na wiosnę. W r. 1842 czy 3cim przybyły słonki na wyspę Helgoland 27go Września w znacznej ilości. Dano znać o tem zjawisku około 1szej po południu, nim się ludność zebrała, pewnie była godzina trzecia, a do wieczora leżało 68 słonek na skałach, w większej części skrytobójczym sposobem zabitych podkradaniem się na brzuchu do warujących ptaków. Były one widocznie nad miarę zmęczone, chybiona bowiem patykiem leciała nad morze, okrążała wyspę i znowu zapadała. Noc pokrzepiła ich siły, a przy wschodzie słońca już żadnej nie było. Oto są przerażające, o pomstę wołające mordy, nie zaś nasze wiosenne polowania, wymagające niepospolitego poświecenia, a gdy nogi zchodzę, język wysuszę jak westfalska szynkę, nogi zamoczę, kataru się nabawię, a z powrotem mój wizerunek w błocie pozostawię, przynoszę trzy do sześciu, a w wyjątkowych latach kilkanaście słonek z polowania. I te to cyfry tak niskie, nawet na szlakach słonczych, mają motywować przyszłą Ustawę mająca być przez Sejm uchwalona i przez Najjaśniejszego Pana sankcjonowaną! Zaiste taki projekt zdaje mi się być naigrawa niem z prawa i prac sejmowych!

Większa część słonek dostaje się w Karpaty od strony Węgier, i tych na ciągu nie widzimy, główne korpusy przez nas skubane dążą ku północy, gdzie najliczniej latują. Gdy przeto pomyślę, że dla Szweda i Norwegczyka mam uczynić ofiarę przechodzącą siły prawdziwego myśliwego, i to jedynie w tym celu, aby oni w tem większej liczbie ubijali oszczędzane przez nas ptaki; to przyznaję, że mi z oburzenia krew kipi w żyłach. Jeżeli bogdaj niektórzy z nas zatrzymają w posiadaniu swą ojcowiznę, i poświęca tradycyjnemu zawodowi swe życie i pracę, jeżeli jeszcze nie wszyscy mamy się przenosić na bruki miast, jeżeli na wsi szczęśliwie przeżyją zimę i chimeryczna naszą wiosnę; to dajcież im w zamian choć owych kilka dni rozkoszy i swobody śród lasu, śród balsamicznej woni powietrza, śród budzącej się do nowego życia przyrody, i pamiętajcie, że słonka nie jest dla kłusowników, i że stosunek szkody w tym względzie przez nas wyrządzonej jest takim, jak atom do całej góry.

Co do wprowadzenia kart myśliwskich zgadzam się zupełnie z zdaniem hr. Baworowskiego, uważam to za ciężki podatek, bezpożyteczny, a sam wniosek jako niepraktyczny.

Słonek dotąd u mnie nie ma. Przyleciały gołębie siniaki, skowronki i szpaki już dawno, widzimy tu i ówdzie bociana markotnego, pliszki szare, jednego płochacza, ciąg gęsi i żórawi, szpaki i krzyżówki w parach, lecz ciąg nie postępuje normalnie. Słonki przylatają tu zwykle około 3 do 5go b. m., wcześniejszy ciąg jest wyjątkowy. Tego roku mamy z powodu orkanów i śnieżnic w lesie zaspy zlodowaciałe, których ani słońce ani wiatr zlizać nie może - to zdaje mi się wstrzymuje ciąg. Nawet drozdów śpiewaków i kosów nie ma, a zięb tylko samce przyleciały, czemu zresztą nie ma powodu się dziwić, bo w nocy zima, a w dzień wiosna.


Kazimierz hr. Wodzicki.


(*) tire-haut! - (fr.) "mierz wysoko!"





[źródło: Łowiec. Rok III. Nr 5. Lwów, dnia 1. Maja 1880. Rubryka "Kronika". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów, 20 Kwietnia.

Słonki tej wiosny same zaprotestowały przeciw wnioskowi niestrzelania ich, dowodząc małą ilością, przybyszów nieszkodliwości polowania wiosennego, które temu cenionemu gatunkowi ptactwa żadnego prawie nie czyni uszczerbku. Z d. 3 na 4 przyleciały na termin w trzech rewirach po jednej, w dwóch po dwie, i te awangardy czekały na towarzyszki, które nie nadlatywały przez dwa tygodnie. Z d. 9 na 10 przyleciało do jednego lasu 22, do drugiego 6, i na tem się tegoroczny ciąg zakończył. Czy one doznały przez srogą zimę klęski na wschodzie, czyli też ciąg obrócił się na inne szlaki, to pozostanie dla nas tajemnica. Oczywiście wysłane pojedyncze najsilniejsze ptaki na zwiady, oczekiwały na śniegach słonek, lecz one nie przybyły. Te ciekawe osobniki uważałem i w innych gatunkach ptaków, jak kosy, bociany, dudki i pliszki. Nawet do tej chwili gniazda bocianów z antenatów, nie są obsadzone, i widujemy je pojedyncze. Według tych danych zdawałoby się, że po egipskiej wiośnie przyjdzie nasza polska dokuczliwa i pełna klęsk, i że takową ptaki przeczuwają, albo jest to znowu wyjątek śród kroci wyjątków tegorocznych, a może ptaki wędrowne przez zimę i w podróży zostały zdziesiątkowane.


Kazimierz hr. Wodzicki.





[źródło: Łowiec. Rok XVI. Nr 4. Lwów, dnia 1. Kwietnia 1893. Rubryka "Kronika". Zachowano oryginalną pisownię.]


Pierwsze słonki.

Hr. A. Wodzicki z Olejowa donosi nam, że już W dniu 14. marca widział pierwszą ciągnącą słonkę. O dalszych większych ciągach nie mamy jeszcze żadnych wiadomości. Zdaje się że nadeszłe tymczasem śniegi i mrozy powstrzymały wędrowną armię długodzióbów.





[źródło: Łowiec. Rok XXI. Nr 4. Lwów w kwietniu 1898. Rubryka "Korespondencye". Zachowano oryginalną pisownię.]


Kilka słów o polowaniu wiosennem na słonki

Polowanie na słonki z nagonką na wiosnę, które od kilku lat, tak wielkie przybiera rozmiary, według mego zdania jest największą szkodą dla tego polowania w jesieni. Słonka w marcu, czy kwietniu przybywa już sparowana po większej części, strzał do niej z braku liścia na drzewach jest nadzwyczaj łatwy, bo się słonkę ciągnącą z daleka widzi, kiedy w jesieni wśród liścia widzi się ją tylko na linii nad głowa, przeto strzał o wiele trudniejszy, - Na wiosnę niech będzie w rewirze 10 słonek pewnie z nich 7 zginie przed nagonką. - Słonka wedle mego zdania przeciąga w jesieni tymi samymi szlakami co na wiosnę, gdzie obfity żer i spokój znalazła, lecz wraca nie pojedynczo lub parami, lecz z całą rodziną. Gdy więc zabijamy jedną słonkę z pary na wiosnę, tracimy na jesień sześć sztuk. - Od czasu, jak przestałem na wiosnę polować na słonkę z nagonką, mam daleko piękniejsze ciągi w jesieni. Powtóre przy polowaniu na słonki z nagonką na wiosnę płoszą się i rozbijają o drzewa kotne sarny i pewnie niejedna nie donosi koźlęcia do czasu.

Inaczej zapatruję się na polowanie na ciągu wieczornym lub rannym, tu przeważnie giną samce niesparowane, bo samica nie chrapie, tylko świstem wabi; par lecących można nie strzelać, a wiemy dalej, że w rodzie ptasim, więcej jest samców niż samiczek. Dalej strzał przy kończącym się brzasku wieczornym i poczynającym się rannym jest bardzo trudny, o wiele trudniejszy niż strzał przed nagonką, nawet w jesieni, gdzie padnie na 3 strzały jeden jest trafny, kiedy na ciągu na 10 strzałów ledwie jedna słonka spada na przeciętnie dobrze strzelającego myśliwego.

Dlatego wobec zbliżającego ciągu słonek, których co tylko nie widać, wzywam szlachetnych towarzyszy myśliwych, aby zaprzestali zgubnego polowania z nagonką na słonki na wiosnę, a uprawiali prawdziwie myśliwski sport na ciągu, który ma tyle uroku a tak mało słonkom szkodzi, a przekonają się jak się zwiększy ciąg słonek w jesieni. Słonek przecież coraz mniej ciągnie, jak to przedstawiają statystyczne daty od roku 1872 do dziś, które tu podaję szczegółowo.

W r.

1872/73

zginęło w Olejowie słonek

495

 

1873/74

 

436

 

1874/75

 

121

 

1875/76

 

111

 

1876/77

 

63

 

1877/78

 

101

 

1878/79

 

250

 

1879/80

 

438

 

1880/81

 

70

 

1881/82

 

90

 

1882/83

 

205

 

1883/84

 

140

 

1884/85

 

69

 

1885/86

 

223

 

1886/87

 

78

 

1887/88

 

150

 

1888/89

 

85

 

 

1889/90

 

65

polowano na wiosnę z nagonką

 

1890/91

 

44

j.w.

 

1891/92

 

58

j.w.

 

1892/93

 

57

j.w.

 

1893/94

 

34

j.w.

 

1894/95

 

46

j.w.

 

1895/96

 

139

nie polowano na wiosnę z nagonką

 

1896/97

 

105

j.w.

 

1897/98

 

25 (*)

j.w.




Olejów 29. marca 1898.

Aleksander Wodzicki.


Przypis oryginalny:
(*) - Z powodu śniegu polowano 1 dzień