Sarny hrabiego Wodzickiego cz.2
Dodane przez Remek dnia Wrzesień 09 2012 21:05:57
[źródło: Łowiec. Rok III. Nr 5. Lwów, dnia 1. Maja 1880. Rubryka "Kronika". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów, 22 Marca.

Dzieją się w tych latach nie widziane rzeczy, widzimy zjawiska nie do wytłumaczenia. I tak sarny kocą się od 15 Kwietnia do 15 Maja. W tym roku tak groźnym dla zwierzyny, przy srogiej zimie i głębokich dziś jeszcze śniegach, okociła się jedna sarna u mnie 13, druga 17 czy 18 Marca. Myślę, że podobnego faktu żaden myśliwy zacytować nie może. Ciekawy jestem, czy te przedwczesne sarniątka się wychowają na śniegach i przy dziesięcio-stopniowym mrozie?

Kaź. hr. Wodzicki.





[źródło: Szczególne wypadki z rogaczami przez Kazimierza hr. Wodzickiego. Łowiec. Rok IV. Nr 5. Lwów, dnia 1. Maja 1881. Zachowano oryginalną pisownię.]


W lasku czterystu-morgowym dochowałem się kilkunastu zlokalizowanych sarn w stanie istot dosyć ucywilizowanych, bo się ludzi nie boją, chodzą między rębaczami po zrębie, i przyjmują podawaną im suchą karmę w zimie. W dniu 12 Października z. r. szukał leśniczy z leśnymi i pięciu chłopcami słonek po staropniowej dębinie nieco podszytej, chłopiec od chłopca szedł na 50 kroków. Wśród miotu spotykają pięć sarn, cztery kozy pierzchły, rogacz zaś trzechletni skoczył kilkanaście kroków i stanął. Chłopiec począł krzyczeć i kijem wywijać zwracając uwagę pobereżnika. Rogacz pędem uderzył na stojącego naganiacza i przewrócił go na ziemię, poczem cofnął się i uderzył chłopczynę tak mocno rogami, iż tenże machnął kozła. Nie dosyć mu było na tem, po takim ataku cofnął się raczkiem, i oddaliwszy na kilkanaście kroków, gdy naganiacz począł się dźwigać, znowu w kilku skokach zbliżył się do niego uderzając rogami w twarz. Na szczęście chłopczyna odwrócił głowę, i wyszedł z tej walki tylko ze szramą dosyć głęboką w twarzy, dziś jeszcze widoczną, a rana ta była tak bolesną, że z płaczem i lamentem zawlókł się do domu. Przy tym ciekawym epizodzie okazała się w jaskrawem świetle owa ciężka indolencya ruskiego chłopa, pobereżnik bowiem stał o 50 kroków od naganiacza, i zamiast pospieszyć z pomocą i odpędzić napastliwego rogacza, stał na miejscu, wrzeszczał, klął i podziwiał odwagę zwierza.

Bardzo wiele sarn i rogaczów w życiu mojem wychowałem, najczęściej odbierając młode kłusownikom i pastuszkom. Podchowane rogacze i kilkoletnie bywały rzeczywistym postrachem dla ludzi, a w szczególności dla kobiet i dziewek, z natarczywością i odwagą szarżowały na ludzi, przewracały i bodły jak byki, nigdy wszakże nie widziałem takich napaści u rogaczów w dzikim stanie.





[źródło: Szczególne wypadki z rogaczami przez Kazimierza hr. Wodzickiego. (Ciąg dalszy). II. Łowiec. Rok IV. Nr 6. Lwów, dnia 1. Czerwca 1881. Zachowano oryginalną pisownię.]


Wychowywałem troje sarniąt, pasły się z jagniętami, i były dla mnie przedmiotem ciekawych badań. Chłopów i dziewek się nie bały, ale gdy spostrzegły surdut lub jeźdźca, warowały w bruzdach, pędem uciekały na łany z wysokiem zbożem lub w kartofle, i tam się kładły. Do jesieni wiernie pilnowały stada i razem z jagniętami szły w środku przez rozległą wieś. Dwoje uciekło a jedno z własnej woli zamieszkało na gumnie, i trzymało się go stale, spoczywając zawsze na tem samem miejscu przez dwa lata w szopie. Gumienny nastawiwszy żelaza na kuny, złapał sarnę za tylną nogę, którą musieliśmy amputować. Wyleczona nauczyła się doskonale chodzić na trzech nogach i była dziwnie przyswojoną, wszędzie jej było pełno, chodziła po ogrodach i polach, nie lękała się zaprzęgów wołowych i końskich, odchodziła daleko, nawet do przyległego lasu, ale przed zachodem słońca wracała zawsze do swej szopki. Po roku zaczęła chromać, ciągnąć za sobą nogę, często bezsilna padała, kazałem więc zastrzelić ją w celu położenia tamy jej cierpieniom.

Charaktery zwierząt, co i u domowych dostrzegamy, są różne i dostarczają ciekawego przedmiotu do badania. Jedne są dzikie, drugie łatwe do oswojenia, garnące się do ludzi, pieszczotliwe, inne miłujące wolność i niepodległość, rwące się do przeznaczenia, wskazanego przez przyrodę. Przypominam sobie sarneczkę, wierną towarzyszkę córki ekonoma przez lat trzy. Czyniliśmy wysilenia, aby ją oswoić z lasem, wozili, prowadzili w dzień i w nocy, wiedli w mioty, zamieszkane przez sarny, nawet w porze rui, zawsze napróżno, sarneczka powracała nawet z oddalonych rewirów do swojej pani, i zginęła od drąga chłopskiego.

Posiadałem kilka rogaczów oswojonych, wędrujących na lato do przyległego lasu, powracających do domu przy silnym mrozie i głębokim śniegu. Ciekawe przytem zrobiłem spostrzeżenie, że sarny przybiegające na każde zawołanie we wsi i przy domu, głosu tego w lesie i na polu wcale nie słuchały. Rogaczyk oswojony jak pies, przyzwyczajony leżeć na łóżkach, kanapach i poduszkach, przyjmujący pokarm z ręki, wyszedłszy do pobliskiej dębiny, nigdy nie pojawiał się na zawołanie, powróciwszy zaś do domu był również łaskawy, jak przed użyciem wolności. Zginął on także z ręki chłopa.





[źródło: Łowiec. Rok IV. Nr 5. Lwów, dnia 1. Września 1881. Rubryka "Kronika". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów, 24 Lipca 1881.

Jak niebezpiecznym wrogiem dla sarn jest lis, niechaj stwierdzą dwa wydarzenia. W miesiącu Lipcu, zatem dwumiesięczne sarniątka, jeszcze centkowane, przebiegały w popłochu koło leśniczego, czatującego na szkodników leśnych, a za niemi szedł lis, krzykiem od nich odstraszony. W innem lesie przed kilku dniami znaleziono zagryzione sarniątko, zasadzka nie wykryła rozbójnika z powodu ciemnej nocy, a po 24 godzinach pozostały tylko szczątki sarniątka. Oczywiście lisy je zjadły, wilków bowiem nie ma w moich lasach.

Kazimierz hr. Wodzicki.