Polowanie na lisy w Olejowie
Dodane przez Remek dnia Czerwiec 05 2010 14:31:04
[źródło: Łowiec. Organ Gal. Towarzystwa Łowieckiego. Rok XIV. Nr 7. Lwów, dnia 1. Lipca 1891. Rubryka "Korespondencye". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów w czerwcu 1891.

Lisia rodzina.


- A co słychać w Bałaszówce Andruchu? - pytałem, przejeżdżając przez jeden z rewirów olejowskich, miejscowego gajowego. - Czy nie ma szkody w lesie i w zwierzynie?

- Wszystko dobrze, proszę jaśnie pana, tylko z moimi kurami źle, bo mi lisy zjadły 9 kur i koguta, i dziś jeszcze lis ostatnią wziął; widziałem jak złapał i poniósł w kierunku jam.

Oburzony tym rozbojem lisa - który z podwórza gajowego, w obec psa i domowników, zabiera bezczelnie kury, rozpytałem się gajowego, gdzie są w tym roku lisie jamy. Kazałem je oczyścić z pokrzyw, zielska i drobnego haszczu i poleciłem gajowemu, aby pilnował, czy wieczorem, przed zachodem słońca, lisy młode nie wychodzą przed jamę.

W kilka dni potem, przychodzi do mnie ten sam gajowy i opowiada mi, że wczoraj około piątej godziny, widział trzy młode lisy, bawiące się przed jama. Zachęcony tym donosem, obiecałem gajowemu, że nazajutrz popołudniu przyjadę, jeżeli będzie pogoda, i zasiądę nad jamą, aby pomścić kury i koguta gajowego. Wyjechałem tedy nazajutrz i około 5-tej godziny, byłem przy gajówce Bałaszowieckiej. Zostawiwszy tutaj konie i gajowego, poszedłem nad jamy. Zacząłem rozmyślać, jakby tu zasiąść z wiatrem i w dobrem ukryciu, lecz aby dobrze mieć na oku miejsce wyczyszczone przed jamami, ulokowałem się za gęstym krzakiem leszczyny i usiadłem na dębowym pniaku, obłamując gałązki, któreby mi mogły w strzale przeszkodzić.

Czekałem już blisko godzinę, słuchając ostatniego śpiewu słowika, bo to już było blisko do św. Wita, gdy wtem, spoglądnąwszy na jamy, zdawało mi się, że w otworze jednej z nich coś się ruszyło. Zatrzymałem oddech, podniosłem strzelbę i czekałem. Rzeczywiście po chwili głowa młodego lisiaka wychyliła się po nad jamę, rozglądał się ciekawie, uszkami strzygąc powoli wysunął się do połowy ciała, wreszcie cały, a za nim wkrótce drugi i trzeci lisiak, tak samo ostrożnie z tej samej jamy się pokazał. Z początku obeszły miejsce powoli przed jamą, a przekonawszy się, że nic im nie grozi, zaczęły szczekać, skomlić, jak młode psiaki, warczeć na siebie, potem jeden drugiego za nogi chwytał, zaczęły się gryźć, przewracać i gonić na około jamy.

Czekałem ciągle złożony, aby wszystkie trzy zbiegły się do kupy, aby jednym strzałem wszystkie położyć. Wtem wiatr powiał silniejszy, a ze stojących dokoła drzew spadł chrabąszcz majowy na ziemię. Nie uszło to baczności jednego, rzucił się ku nieborakowi, złapał go, zaczął nim jak pies do góry podrzucać, to puszczać na ziemię, to w powietrzu łapać. Dwa inne lisiaki, które się właśnie goniły, zobaczyły to i starały się chrząszcza trzeciemu odebrać, zaczęła się gonitwa, ten, który chrząszcza miał w pysku, pierwszy, potem za nim dwa inne, wreszcie zdaje się chrząszcza połknął, bo wszystkie trzy zaprzestały gonitwy, a dwa z tyłu będące zaczęły temu pierwszemu pysk obwąchiwać. Przekonałem się wkrótce, że gdy drugi chrabąszcz upadł na ziemię, jeden z lisiaków zjadł go od razu. Uszczęśliwiony byłem, że lisy chrabąszczami młode swe żywią, lecz jeszcze tego wieczora przekonałem się, że się bardzo zawiodłem w tem mniemaniu.

Przypatrując się dalej gonitwie lisiąt, zauważyłem, że wszystkie nagle zabawy zaprzestały, stanęły z uszkami w pewnym kierunku nadstawionymi wyraźnie nasłuchując. Wkrótce i ja usłyszałem szelest liści, jakby coś szło. Już chciałem strzelić, gdyż właśnie lisiaki razem stanęły, gdy mi z gęstwiny błysła czarna, spiczasta morda starego lisa; odjąłem palec z cyngla, widziałem, że lis stary przyniósł wieczerzę swym dzieciom. Wyszedł z gąszczu i - o zgrozo! - trzymał w pysku młodego żywego zajączka! Krew hodowcy zwierzyny zakipiała we mnie i już brałem na cel, by zgładzić starego bezbożnika i drapieżcę, lecz rozum myśliwego powiedział: czekaj, zabijesz jednego a trzy się wychowa - i odjąłem znowu strzelbę, do twarzy już przyłożoną.

Lisiaki pobiegły do rodzica, kitki do góry stawiając cieszyły się, bo skomlały i skakały mu do pyska. On wyszedł na czyste miejsce przed jamą, trzymając wylękłego zajączka w pysku, oglądnął się ostrożnie dokoła, a położywszy wreszcie swą zdobycz przed sobą, z zadowoleniem kitą po ziemi suwał, siedząc jak pies na tylnych nogach i z oka nie spuszczał zająca. Lisiaki młode zaczęły się bawić zającem, szczekać na niego, szarpać i łapami katulały go po ziemi. Trwało to dość długo. Zajączek, który był już tak duży jak mały królik, usiłował parę razy uciekać, lecz gdy tylko się trochę oddalił, skakał lis stary, chwytał i kładł go znowu przed sobą, a potem z miną zadowoloną patrzał znowu, jak go przyszłe podpory lisiego rodu skubały i przewracały. Lecz zdaje się, że już uznał, iż za długo trwa ta zabawa i że już trzeba rozpocząć wieczerzę, gdyż mordą odsunął lisiaki od zająca, i podczas gdy one wiankiem na przeciwko niego na zadnich nogach usiadły, jak psy przed miską jedzenia pełną - on wstał, przycisnął nogami przedniemi zajączka do ziemi i chwycił mordą za szyję. Zajączek zawołał "kniaź"! - lecz w tej samej chwili strzeliłem, bo dosyć mi było widoku tych krwawych igrzysk. Po rozejściu się dymu, piękny widok przedstawił się moim oczom, widok nasyconej zemsty. Oto liszka stara i dwa młode leżały rozciągnięte, lecz leżały na trupie zajączka; trzeci zdaje się uszedł do jamy nietknięty lub postrzelony. Żałowałem jedynie, żem nie strzelił pierwej przed śmiercią zająca, lecz pytanie, czy byłbym miał trzy lisy?

Zaciągnąłem te trzy lisy do mego pniaka, i przyszła mi myśl bezczelna, lecz widocznie szczęśliwa aby jeszcze zasiąść i czekać na trzeciego lisa młodego, który, choć przestraszony strzałem, jeżeli tylko nie był trafiony, musi wyjść z jamy, zdziwiony, że reszta rodziny do niej nie wróciła. I rzeczywiście, po półgodzinnem siedzeniu, zobaczyłem nosek czarny wychylający się z jamy. Długo wietrzył, rozglądał się, nim odważył się wyjść z jamy zupełnie. Ponieważ strzał do głowy młodego lisa był bardzo niepewny i to jeszcze dlatego, że zakryty nieco pagórkiem i korzeniami pniaka, pod którym jama się znajdywała - czekałem cierpliwie, aż lis pokaże się choć do połowy ciała. Gdy tak cała moja uwaga na otwór jamy skierowaną była, z przeciwnej strony zauważyłem, że się nieco pokrzywy i chmiele dzikie ruszyły. Odwróciłem oczy i zobaczyłem znowu głowę drugiego starego lisa z zarośli i traw się wychylającą. I ten lis znowu coś w pysku trzymał, czego jednak rozpoznać nie mogłem. Ostrożnie się rozglądał i powoli podsunął się ku jamie. Dopiero wtedy młode lisię wyszło z jamy i przybiegło do starego w wesołych podskokach. Nie czekałem już na początek biesiady, lecz strzeliłem, i tak szczęśliwie, że ujrzałem jak oba lisy przewracają się w konwulsyjnych, śmiertelnych drganiach. Jednym skokiem byłem przy mej zdobyczy i uderzeniem laski dobiłem oba lisy. Zacząłem zaraz szukać, co to znowu lis stary przyniósł na wieczerzę swym dzieciom, i z oburzeniem i rozpaczą ujrzałem łopatkę małego sarnięcia niedawno urodzonego! Więc jedna sarna mniej tego roku w tym rewirze! Lecz czyli tylko jedna? Ileż ta para lisów zajęcy młodych i sarniąt musiała przynieść swym dzieciom, jeżeli jednego dnia aż dwoje wychowanków moich zgładziła, aby zaspokoić głód trojga lisiąt. Ileż to zajęcy i sarniąt ginie z pyska lisiego przez przeciąg jednego lata, jeżeli w każdym rewirze przynajmniej dwie pary lisów i jeżeli one więcej wychować muszą niż troje młodych.

Nie opisałem tego faktu jako zbyt ciekawego, lecz aby przedstawić łaskawym czytelnikom, jak wielkie i nieobliczone szkody robi para lisów przez lato w chowie zwierzyny pożytecznej, aby ich zachęcić i zapalić do większej jeszcze nienawiści ku lisiemu rodowi i wydać mu otwartą wojnę przez lato. Oto jest jedna z głównych przyczyn, dlaczego my tu w Galicyi nie możemy przyjść do stanu zwierzyny, takiego, jaki maja inne graniczące z nami zachodnie kraje.

Mojem przekonaniem, lis całe lato żywi się i wychowuje swe młode jedynie młodą zwierzyną pożyteczną, a jeżeli nie nią wyłącznie, to także młodymi ptaszkami i jajami ptaków, na ziemi się gnieżdżących. Ileż to przepiórczych i kuropatwich gniazd znajdywałem zepsutych w polu, ile krzyczych, kaczych i chruścielich po łąkach! Wszystko to było dziełem lisa! A innych małych ptasząt gniazda, które tak w oko myśliwemu wpadają, ileż ich wykryje lis swym doskonałym rozumem i znakomitym wiatrem, a zniszczy je łatwo, gdyż dużo z tych ptaków, jak słowiki, raszki, pokrzywki, podkamionki, drozdy, kosy i t. p. gnieżdżą się na ziemi lub nisko w krzewach.

Ze wszystkich spostrzeżeń moich powziąłem przekonanie, że lis myszami jedynie w późnej jesieni i w zimie się żywi, w lecie zanadto mu mysz cuchnie, aby na nią czatował, aby jej szukał, zwłaszcza kiedy ma większą, smaczniejszą zdobycz w młodej zwierzynie. Nigdy w lecie i na wiosnę nie znalazłem ani w odchodach lisich ani w resztkach jego biesiady szczątków myszy, jak to w zimie często napotkać można.

Lis to wróg naszego chowu zwierzyny, wróg naszej opieki nad nią, wróg ustawy łowieckiej, a ona mu zostawia bezkarną wolność buszowania po kniejach i polach, ona go ochrania przez całe sześć miesięcy!

Odpowie mi na to niejeden z czytelników: ja daję lisom padlinę i one wtenczas tyle szkody nic robią. O, chciałbym widzieć tego lisa, co w lesie śmierdzące ścierwo ruszy, on - ten najdelikatniejszy wybredniś jadła! Z biedy jedynie, z braku innej karmy, przyjmuje padlinę i to tylko, gdy zamarznięta i przykrego nie wydaje zapachu!

Podzielam zdanie niejednego z czytelników, że przyjemny jest strzał do lisa, pewnie przyjemniejszy niż do dziesięciu zajęcy - lecz większa ilość lisów w kniei może wyniszczyć i zrobić zupełnie pustym rewir na dłuższy nawet czas. Bierzmy przykład z naszych sąsiadów w Prusiech, Czechach i Austryi, gdzie lis jest już rzadkością. Wyrzekli się oni przyjemności strzelania do lisów, zróbmy tak jak oni, a będziemy mieli pożytecznej zwierzyny tyle, co oni.

Aleksander Wodzicki.




I jeszcze inny epizod, z czasów hrabiego Kazimierza Wodzickiego

[źródło: Łowiec. Rok VIII. Nr 9. Lwów, dnia 1. Września 1885. Zachowano oryginalną pisownię.]


POGADANKA MYŚLIWSKA
przez
Kazimirza hr. Wodzickiego
(fr.)


Ile para lisów może wyrządzić szkody, niech posłuży przykład. Puściłem do małego krzaczystego lasu, otoczonego łanami, dziesięć par przezimowanych kuropatw. Polując na słonki, ustawicznie widziałem dobrane parki miłośne cierkotanie, a później często pojedyńcze ptaki, oczywiście samice posiadały na jajach. Jakież było moje bolesne zadziwienie pod jesień, gdy z tych wszystkich par wychowało się jedno stado i pozostało wiele pojedynczych ptaków, które się później w stado zbiły. Widocznie lisy łowiły kuropatwy twardo siedzące na jajach, później zaś wyłapywały pisklęta. Pozostałości pierza udowodniły możność stracenia zwierzostanu przez jedną parę lisów. Łatwość odszukania pokarmu powoduje lisy do wyjątkowych zwyczajów, niekiedy nie do uwierzenia. I tak przy polach obfitujących w kuropatwy i zające, była ścianka okryta staropniowymi dębami, między którymi wielka część była żyjącymi trupami. Dają mi znać, że wśród korzeni w spróchniałym dębie jest czworo młodych lisów. Nie chcę wierzyć, lecz idę do dęba, dąb nie wielkiej obszerności, a zatem bynajmniej nie odwieczny, spróchniały między korzeniami, miał otwór omszony, przed otworem bujnie rosły pokrzywy i rzeczywiście tam liszka urodziła lisiątka. Jakiej to ostrożności i skrytego życia potrzeba było, aby się nie zdradzić ze swoją rodziną, podziwiałem ten mech nieotarty i pokrzywy nie nagięte. Wprawdzie pole było dosyć otwarte i za dębami kryjówki nie odpowiednie, lisy musiały widzieć, wietrzyć i przeczuwać, gdyż ani ojciec ani matka się nie pojawiły i byłyby zagłodziły lisy. Tu się okazało, że zmysł konserwacyi silniejszy, jak przywiązanie do dzieci.