Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy - cz.04
Dodane przez Remek dnia Grudzień 18 2009 15:26:18
[źródło: Rocznik Podolski. Organ Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk poświęcony sprawom i kulturze Podola. Tom I - rok 1938. Tarnopol 1938. Nakładem Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Wydano z zasiłku Funduszu Kultury Narodowej i Fundacji im. Wiktora hr. Baworowskiego.]

Stanisław Spittal (1891 -1964):


Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy.
część 4




Jak już poprzednio wspomniałem, gdy ktoś w rodzinie wieśniaczej zachoruje, ta bardzo niechętnie i chyba już w ostateczności zwraca się do lekarza, a więc do fachowca. A czyni to zazwyczaj wtedy, gdy choremu już nierzadko żadne, nawet najskuteczniejsze lekarstwo pomóc nie może, bo o ratunku spóźnionym mowy już nie ma. Zazwyczaj otoczenie stara się najpierw pomóc choremu przez stosowanie rozmaitych leków domowych i tradycją przekazanych praktyk. Skoro jednak te wszystkie zabiegi okażą się niewystarczające, lub zupełnie bezskuteczne, szukają wieśniacy pomocy i porady u światłych w tej materii znachorów czy wróżbitów, znanych nieraz daleko i szeroko ze swej cudownej wiedzy. Toteż zjeżdżają się bardzo często do takich cudotwórczych wróżbitów chorzy tłukąc się milami wozem po ciężkiej i męczącej drodze. Choć ostatecznie i bez samego chorego sławny i uczony znachor wnet pozna i leczyć, a nawet uleczyć potrafi niedomagania chorego, mając jedynie strzęp jego odzieży, trochę włosów, kawałeczek paznokcia itp. Leczenie to jednakże środkami przekazanymi przez tradycję polega bardziej na wierze, niż na samym pomocnym działaniu leczniczym podanego środka.

Toteż gdy wszelkie środki domowe i cały repertuar środków zalecanych przez wszystkich znajomych i nieznajomych nie pomaga, uciekają się tak chorzy jak i domownicy do gorącej modlitwy. Modlitwa bowiem, to bardzo często stosowany środek dla odzyskania zdrowia, zwłaszcza gdy choroba z dopustu Bożego jako kara, czy pokuta za popełnione grzechy, czy przewinienia. Nie skąpią więc wtedy wieśniacy grosza na dziadów, by ci u Boga za chorym się wstawiali, ni na mszę św. dla księdza. Msza jeszcze pewniejszy odniesie skutek. Ksiądz bowiem, jako zastępca Pana Boga na ziemi, jest, a raczej winien być Jemu osobą bardzo miłą, prośba więc księdza nie małą u Boga odgrywa rolę - zwłaszcza, jeśli dany ksiądz znany jest ze swej świątobliwości. Zresztą modlitwa i ofiary, składane Bogu, czy bogom celem odwrócenia choroby i cierpień od człowieka, znane już były i powszechnie praktykowane jako znakomity środek w najdawniejszej starożytności, tym bardziej więc są nim dzisiaj, uświęcone tradycją tylu wieków. Jest to także zabytek pogańskich czasów, gdy leczeniem zajmowali się kapłani. Cud spowodowany żarliwą modlitwą, sama modlitwa jak i środki prymitywne, mające moc od Boga, tj. woda źródlana, powietrze, ogień itp. były zawsze i ogólnie znane, a i dzisiaj są niemniej praktykowane wśród szerokich mas włościańskich.

Gdy więc modlitwy i ofiara mszy św. nie pomagają, pewnie choroba powstała z innej przyczyny, lub grzechy były czy są zbyt ciężkie, by Bóg tak łatwo odpuścił winy i przebaczywszy choremu do dawnego przywiódł go stanu zdrowia. Trzeba więc próbować szczęścia i dalej szukać porady i pomocy. Domownicy więc, jak i sam chory, bynajmniej nie zakładają rąk i czekają na to, co będzie, z całkiem zresztą zrozumiałych powodów. Pierwsi dla potrzeby roboczej siły, jaka przez chorobę pacjenta w gospodarstwie ubyła, no i trochę ze względów materialnych związanych z chorobą (wydatki), chory zaś ze strachu i obawy przed śmiercią, a choćby utratą sił, charłactwem, gdyż słabego nigdy już ani tak cenić, ani doglądać nie będą czekając na zlitowanie Boskie i śmierć marnego pracownika. Toteż i jedni i drudzy prą koniecznie do tego, by prócz dalszej modlitwy i ofiar mszy św. bądź to udać się, bądź też, o ile znachor jest w pobliżu, sprowadzić go do siebie.

Podobnie jak dawniej kapłani błogosławili, zamawiali i zaklinali choroby, tak teraz czynią to samo w ich zastępstwie ludzie mądrzy, lub wiedzący, czy znający, za wybrańców Bożych uważani, tj. wróżbici i znachorzy, zazwyczaj baby i mężczyźni w wieku już podeszłym, co to niejedno widzieli, jeszcze więcej słyszeli, a na chorobach i ziołach lepiej się znają od samych doktorów, a nawet i aptekarza. Ludzie ci są pobożni i bogobojni, posty specjalne zachowują, odmawiają osobliwe modlitwy, by swoją moc od Boga daną zachować, rozumie się dla dobra i szczęścia bliźnich, a nie dla swojej kieszeni. Ich bogobojność niedaleko odbiegła od wiary świeżo nawróconych pogan. Służą zewnętrznie Bogu, a wewnętrznie palą również świeczkę i diabłu, ot tak dla pewności. Nie są oni zbyt liczni, niemniej jednak dość gęsto po naszych ziemiach rozsiani. Ponieważ zaś tak najgłupsi, jak i najświatlejsi wieśniacy są bardzo zabobonni i w głębi serc mocno o skuteczności znachorskiego leczenia przekonani, zwłaszcza że uważają chorobę za coś obcego, a wrogiego dla organizmu i w organizmie chorym, nie dziw, że bardzo chętnie do tego uciekają się środka.

Znają zatem znachorzy na każdą chorobę sposób i radę, tj. umieją regułę. Znają słowa tajemne, cudowne zaklęcia, zamawiające formułki, niespopularyzowane, dla zatrzymania potężnej mocy leczniczej nieodzowne. Słowa te wypowiadają szeptem nad chorym zazwyczaj wykonując cały szereg praktyk nad miejscem bolesnym, bo i oni mimo swą uczoność, szukają siedziby choroby w miejscu bolejącym. A że samo zażegnywanie nie wywierałoby tak potężnego i upragnionego wpływu, łączy się je z całym szeregiem czynności i oznak zmysłowych, zewnętrznych, jak kładzenie rąk, żegnanie, macanie, uciskanie, opisywanie, namazywanie, chuchanie, okrążanie, okadzanie miejsc chorych. Samo zamawianie prastarych, pogańskich sięgające czasów, jako dzisiejsze zażegnywanie z religijnymi znakami połączone właściwie i dzisiaj jest jeszcze pogańskie, co często z pojedynczych wyrazów zamawiania da się wywnioskować.

Działanie zażegnywania - często noszącego miano zaklinania - jest, a raczej ma być odwróceniem uporczywych słabości, czy chorób, dzięki tajemniczej sile Bożej udzielonej osobom zażegnywującym choroby. Odbywa się ono w ten sposób, że znachor szepcąc niezrozumiałe i nieznane słowa, niesłyszane nigdy pacierze, pociąga z lekka cierpiące członki opuszkami palców z góry na dół tak długo, aż odmówi właściwe pacierze. W tym działa najprawdopodobniej sugestia i wiara, masaż, a może zdolności i praktyki magnetyczne, czy magnetyzerskie pewnych znachorów. Bo czasem rzeczywiście po tych rozlicznych praktykach zażegnywania chory przychodzi do zdrowia i wtedy o tym wypadku uzdrowienia opowiadają szeroko, a znachor nabywa jeszcze większej sławy stając się formalnie nieomylną wyrocznią w prognozie. Czy te wypadki wyzdrowień należy zapisywać na karb zwierzęcego magnetyzmu, hipnotyzmu, czy autosugestii, nie można powiedzieć, jedno wydaje się pewne: że w tych wypadkach silny organizm przezwyciężył chorobę, zwłaszcza wspomagany środkami prostymi, które jednakże bardzo często są trafnie stosowane. Bo nie ulega też wątpliwości, że jednak własności lecznicze ziół naszych, są w większości wypadków przez włościan dobrze zaobserwowane. Wykluczam jednakże z góry. by między chorobą, zażegnywaniem, a wyzdrowieniem chorego jakikolwiek mógł zachodzić związek przyczynowy. Niemniej nie wykluczam, że na chorych nerwowo (neurasteników, histeryczki) obrzędowość i tajemniczość zażegnywania wywiera wpływ niemały.

Z początkowego przywiązywania wiary do słów i formułek wypowiadanych przy zamawianiu przeniesiono ją i do samych przedmiotów używanych oraz czynności spełnianych przy obrzędach zażegnywania, co stworzyło cały szereg środków ochronnych mających bronić dostępu pewnym chorobom do organizmu w ten środek zaopatrzonego. W ten sposób powstały tzw. amulety, talizmany, fetysze już wśród ludzi epoki kamiennej, którzy nosili na szyi szpony i zęby drapieżnych zwierząt. Talizmany te z rozszerzaniem się wiary chrześcijańskiej zostały wyparte przez kościół. Przywiązanie jednak do nich było zbyt duże, jak ogromną też była i wiara w ich skuteczność. Kościół chciał pogodzić przywiązanie do talizmanów z zasadami wiary. Zastąpił więc talizmany krzyżykami, medalikami wyobrażającymi świętych, ich relikwiami, szkaplerzami, paskami św. Tomasza itp. Przedmioty te poświęcone, miały chronić noszących je od nieszczęść, złych przygód i chorób za wstawiennictwem świętych, których wyobrażały. To jednak nie zgubiło zupełnie amuletów. I dzisiaj jeszcze są one w obiegu. Żydzi noszą na szyi zaszyte w płótno stare pieniądze darowane im przez rabina - cudotwórcę. Zamawiacze, a zwłaszcza cyganki sprzedają i to nierzadko za drogie pieniądze zabobonnym wieśniaczkom różne korzenie i ziarnka, mające moc ochronną przeciwko czarom lub jako inkluzy mające przynieść szczęście. Nieraz tak bywa, że wieśniak nosi na szyi szkaplerze i medaliki, a na nitce czy sznureczku otrzymanym od czarodzieja zakupiony u niego amulet. Wiarę tę wykorzystują najczęściej najlepsi znawcy duszy włościańskiej: włóczędzy, bezrobotni, obieżyświaty, często żebracy, a już najbardziej cygani. Wiara w znachorów jest przyczyny, że lud otacza ich specjalną czcią i opieką, darzy zaufaniem w ich cudowne zdolności, które na prawdę dokonują największej sztuki, bo sztuki otwierania i to szeroko wieśniaczej kieszeni, zamkniętej mocno dla właściwych lekarzy.

Niejako odwrócenie amuletu stanowią wota, tj. ofiary zawieszane w podzięce na ołtarzach tych świętych, za których wpływem czy wstawiennictwem cierpienie zniknęło lub uzyskano pożądany skutek. Wotum - to zazwyczaj przedmiot drogocenny, ze złota, srebra, lub drogich kamieni, wyobrażający organ ongiś chorobą nawiedzony np. rękę, nogę, oko, serce itp.

Jak już wspomniałem, dopiero w ostateczności, gdy ani jedno, ani drugie zamawianie nie pomoże, gdy często śmierć szybkim zbliża się krokiem, wołają wieśniacy lekarza po to tylko, by zrozumiał, że i on już wobec tego stanu chorego jest zupełnie bezsilny, zwłaszcza mając często nieufność domowników i niewiarę przeciw sobie. Bo i cóż dochtor tam pomóc może, gdzie długi czas niszczyli organizm sami wiejscy lekarze i znachorzy, widocznie na skutek wyraźnej już takiej woli Bożej, z którą trzeba się nie tylko godzić, ale i współdziałać. Et, wola Boża, szkoda nawet darmo Wydawać pieniądze - niechaj się już nie męczy i niechby skończył (umarł) jak najprędzej, słyszy się wtedy coraz częściej. I wtedy zaczynają zaniedbywać chorego, nie zajmują się nim, tak że często wody mu nie ma kto podać, wszyscy bowiem spokojnie odchodzą do swoich zajęć. Bo szkoda drogi czas daremnie tracić, bo czas to pieniądz, najwyraźniej zaznaczający się w pracowitym życiu wieśniaka.

Pozostawiony na łaskę Bożą chory szuka jeszcze raz ratunku w pomocy Bożej ślubując sobie odbyć pielgrzymkę na odpust do cudownego miejsca i modląc się poza tym żarliwie przed spodziewaną śmiercią. Modli się nawet o nią, gdy sam zostawiony sobie widzi, że jest niczym, kiedy siły go opuściły, że tylko zawadza reszcie domowników. I wtedy wraz z modlitwą myśli o smakołykach wiejskich, o piwie, czy kurze, których podania przed śmiercią mu nie odmówią nigdy, gdy zażąda.

A gdy syt doświadczeń medycyny ludowej chory umrze, pozostałym nie czyni prawie nikt wyrzutów, że nie leczyli zmarłego, bo otrzyma spokojną, z największego przeświadczenia płynącą odpowiedź, że taka była wola Boża, ta coby mu ta dochtór pomógł? Są nawet zadowoleni, że chory już zmarł, bo nie zabrał im wiele czasu nie chorując zbyt długo. A oglądacz zwłok na podstawie wypowiedzeń się domowników zawsze wyda dokładne orzeczenie śmierci. A co nieboszczykowi było, moi kochani? Ta miał chrypkę. Więc: Umarł na chrypaka - pisze spokojny urzędnik gminny, który może przed chwilą oglądał zabite bydło, lub padłego wieprza, jak i innych zmarłych ludzi. (Fakty autentyczne).

W każdej prawie chorobie bez względu na jej rozpoznanie i nasilenie włościanie chętnie, może zresztą celowo, dla oszołomienia chorego, a przez to dla zmniejszenia bólów obficie stosują leczenie alkoholowe. I ta wódka jako lek uniwersalny bywa stosowana w każdym wypadku. Ilość jej zależy tylko od możliwości płatniczych domowników, bo jakość - to zawsze wyskok (95%). Stosuje się ją już to zewnętrznie w formie nacierań i okładów, już to i to częściej wewnętrznie, nawet w wypadku bólu zęba, czy żołądka, jako napoju napotnego, bądź w postaci czystej wódki bez domieszek, bądź pomieszanej z proszkiem roślinnym z różnych korzeni czy kwiatów. Jest ona lekiem uniwersalnym i z najlepszym wynikiem stale stosowanym przez samych chorych, jak też przez znachorów wobec chorych zalecanym. Pewnie, że zwyczajnie nadużycie tego leku sen i błogie zamroczenie sprowadza na chorego, a tym samym daje zapomnienie o bólu i chorobie, aż do powtórzenia następnej dawki niemniej skutecznej.



poprzednia
część

 

 

Stanisław Spittal:
Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy

 

 

następna
część