cz.08 - czerwiec 1941 r.
Dodane przez Kazimierz dnia Październik 26 2008 13:42:21
[źródło: "Kazimierz Olender, "Zapamiętane z dzieciństwa". Sanok 2000, Agencja Wydawnicza "Drukiem".]


W tym czasie wszyscy już wiedzieli o zamiarach Hitlera. Tato codziennie wieczorem chodził do stryka Michała na "Klin" i wracał późną nocą. Przynosił wiadomości usłyszane przez radio Londyn. Słuchanie tych audycji było, oczywiście, absolutnie zakazane, w związku z czym urządzenie należało bardzo dobrze zakonspirować. Antena była rozciągnięta w dużej stodole pod samą strzechą, odchodzące od niej druciki ukryto pod ziemią i przeciągnięto do kuchni. Po wysłuchaniu dziennika stryk uważnie odłączał słuchawkę i ukrywał ją w ciasnej dziurze.

We wsi jakby nic się nie zmieniało. Józio Pelczak, bębniąc w bęben, wciąż ogłaszał komunikaty sowietów, najczęściej dotyczące trzymania w pełnym pogotowiu wyznaczonych przez wójta furmanek. Wiedzieliśmy już, że niemiecki samoloty bombardują Lwów, a nawet Złoczów i że jeden diabeł odchodzi, a drugi nadchodzi.

Wojska niemieckie, które ruszyły spod Sanu i Wisły, dotarły do Trościańca pod koniec lipca. Żyto już się bieliło. Sowieci zaczęli w popłochu uciekać, najczęściej polami, tratując nie skoszone jeszcze zboże. Z ciekawością biegaliśmy po wydeptanych ścieżkach, licząc na to, że może któryś z żołnierzy coś zgubił lub zostawił. Moja siostra Gienia, pasąc krowy na "słotowym polu", znalazła nową radziecką pałatkę. Zobaczywszy to, biegałem po polach razem z bratem Jasiem i szukałem "skarbów". Nieczego jednak nie znaleźliśmy z wyjątkiem szczątków ludzkich pozostawionych przez Sowietów. Ktoś powiedział, że w trościanieckim lesie Sowieci sprzedają, a raczej porzucają, nawet konie. Mój tato wybrał się więc z kimś na poszukiwania, ale nie wrócił z koniem, tylko z jednodrzwiową szafą z dykty.

Ponieważ Niemcy byli już blisko i opanowali główne drogi, Rosjanie porzucili w olejowskim lesie kilka czołgów. Jeden z żołnierzy nie chciał widocznie pozostawić swego, przedarł się przez białokiernickie pola obok naszego "łanu" i podążył do trościanieckiego lasu. Potem, pewnego bardzo upalnego popołudnia sam widziałem, jak przejeżdżający koło naszego domu Sowieci uciekali z maksymalną prędkością samochodem ciężarowym, z którego zdjęto skrzynię i pozostawiono tylko żelazną konstrukcję. Właśnie z tyłu, kurczowo trzymając się metalowych drążków konstrukcji, jechał sowiecki żołnierz. Był tak brudny i zakurzony, że w słońcu świeciły mu się oczy i zęby.

Przez kilka następnych dni było cicho. Potem usłyszeliśmy warkot niemieckich czołgów jadących po gościńcu. Przody zmotoryzowanych wojsk niemieckich parły na wschód. Przemieszczały się tak szybko, że radziecka piechota nie nadążała z ucieczką. Pewnego wieczoru Franio Kusiak przyprowadził do nas pięciu sowieckich szeregowców z karabinami. Byli smutni, umorusani i zmęczeni. Kobiety dały im chleb i mleko. Potem żołnierze ułożyli się na słomie w stodole i zasnęli kamiennym snem.

Następnego dnia obudziłem się rano i usłyszałem warkot niemieckich samochodów, które wjechały od strony Załoziec. Ustawiły się w jednej linii, w dwudziestometrowych odstępach. Były to lekkie samochody, tzw. gaziki. Przy każdym z nich stał oparty o maskę szofer. Co jakiś czas mężczyźni ci przekazywali sobie nadchodzące meldunki. Franio Kusiak bardzo się zdenerwował i wystraszył. Nie wiedział, co zrobić z ukrytymi Sowietami, którzy uzbrojeni mogą zacząć stawiać opór Niemcom. Poszedł więc do stodoły. Ruszyłem za nim. Żołnierze wiedzieli już o przybyciu Niemców. Kusiak, który był po zasadniczej służbie wojskowej, zaczął namawiać Sowietów do poddania się, argumentując, że ich opór w tej sytuacji nie ma już najmniejszego sensu. Sowieci ulegli. Pozostawili karabiny w stodole, wstali i wyszli. Nie pamiętam, czy zostawili też pasy, czy też wciąż mieli je na sobie. Franio Kusiak poprowadził ich do drogi najpierw ścieżką między zabudowaniami, która miała około 70 metrów, a potem uliczką. Zauważył to jeden z Niemców, natychmiast skierował w ich stronę karabin maszynowy i wykrzyknął:

- Hande hoch! - Sowieci podnieśli ręce i poszli. Niemieccy żołnierze nie uwierzyli, że to już wszyscy Rosjanie i poszli do stodoły sprawdzić. Tam znaleźli broń, a potem powierzchownie przeszukali obejście. Poszedłem za wychodzącymi Niemcami na drogę i zobaczyłem, że na ogród, a raczej na pole Jana Gałuszki hitlerowcy przywiedli ponad 150 rosyjskich jeńców. Około południa ludzie zaczęli mówić, że Niemcy będą rozstrzeliwać jeńców tu, w ogrodzie Gałuszki. Uciekłem do domu. Wszyscy nasłuchiwaliśmy, kiedy rozlegną się strzały. Te jednak nie nastąpiły. Po godzinie 14.00 zobaczyliśmy, jak Niemcy prowadzą sowieckich żołnierzy drogą w kierunku Załoziec, na krzyżówkę koło gościńca. Już za nimi nie pobiegłem, bo mama mi nie pozwoliła. Po kilku godzinach rozległy się strzały z broni maszynowej.

Od naszego domu do skrzyżowania było około 2,5 km. Niemcy ustawili jeńców w dwuszeregu, twarzą w kierunku północnym i zaczęli strzelać im w plecy. Rozległy się zatrważające krzyki umierających. Niektórzy z nich, już w agonii, zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Hitlerowcy strzelali do nich tak długo, póki przestali dawać jakiekolwiek oznaki życia, a tych, którzy jeszcze mimo tego się ruszali, dobijano z krótkiej broni. Jeńców było w sumie 186. Po tym zdarzeniu Niemcy pojechali dalej na wschód, zakazując grzebania trupów. Chcieli w ten złowieszczy sposób udowodnić przybywającym po nich formacjom, że droga jest wolna.

Po pewnym czasie nowo przybyłe władze niemieckie zaczęły gromadzić mężczyzn z Trościańca do grzebania zwłok. Ktoś także przyszedł po naszego tatę, ale ten odmówił. Po paru tygodniach tato, jak zwykle wieczorem, wrócił od stryka Michała i doniósł nam, że jeden z Sowietów cudem uniknął śmierci. Przywalony trupami kolegów przeleżał cichutko do wieczora, jakoś się oswobodził i dotarł do swoich. Tam opowiedział o masakrze, wymieniając przy tym miejsce zdarzenia - Trościaniec. Dziś w miejscu rozstrzelania stoi wielki obelisk z datą i liczbą poległych. Przez 45 lat odbywały się tam capstrzyki z okazji wielkich sowieckich świąt i, w obecności spędzonej okolicznej ludności i uczniów wszystkich szkół, odczytywano wielkie referaty o bohaterskiej i niezwyciężonej Armii Czerwonej.

Była już pełnia lata 1941 roku. Pewnego słonecznego dnia mama śmiało weszła do części domu zajmowanego przez Skałubów, wkroczyła do alkierza, w którym były kury i wykrzyknęła:

- Co zrobiłaś z moją podłogą, ty ofermo! - Skałubowa odburknęła:

- A co tobie do tego! - Rozpoczęła się kłótnia. Usłyszawszy krzyki, do pomieszczenia wpadł tato i zamachnął się na Skałubową. Zaczął się jeszcze większy krzyk. Nagle wszedł Skałuba i widząc, co się dzieje, poprosił ojca, żeby przestał się kłócić. Tato wskazał palcem na drzwi i powiedział:

- Wynocha mi stąd, ale już! - na co Skałuba odrzekł, że wyprowadzi się jeszcze dzisiaj. Wyszedł z domu, a przed wieczorem przyjechał z jakimś furmanem spoza Trościańca i zapakowawszy swe rzeczy odjechał wraz z rodziną, bez pożegnania, w kierunku Manajowa.


Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Dlatego, że pozbyliśmy się lokatora i dlatego, że uniknęliśmy wywózki na Sybir. Prawdopodobnie byliśmy już na liście wywózki w trzeciej turze. Moja najstarsza siostra Zosia właśnie z tego względu już parę nocy nie spała w domu, lecz u ciotki Stefki.

****
KONIEC CZĘŚCI ÓSMEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część