Handel w Trościańcu Wielkim.
Dodane przez Kazimierz dnia Marzec 22 2008 22:02:05
Trościaniecki handel.


[źródło: Antoni Worobiec "Trościaniec Wielki - Wieś Ziemi Załozieckiej". Zielona Góra 1999, nakładem Koła Środowiskowego b. Żołnierzy Armii Krajowej ze wsi Trościaniec Wielki, z siedzibą w Zbąszynku]

Tak pisał śp. Antoni Worobiec:


Produkty rolne, a więc zboże, bydło rzeźne, drób, wyroby mleczarskie, jaja itp. skupowali kupcy żydowscy, zarówno miejscowi jak i wędrowni. Głównym ośrodkiem zbytu były cotygodniowe jarmarki w Załoźcach. Każdego poniedziałku, już od wczesnych godzin rannych jechały zaprzęgi konne pełne różnorodnego dobra, czasem z uwiązaną do „klupaka" krową czy koniem na sprzedaż. Na wozach siedziały kobiety trzymające w rękach kosze z jajami i nabiałem. Gdakały kury, kwiczały przerażone tuczniki. Niektórzy podążali pieszo. Cały ten tłum wędrował i jechał do Załoziec. Do lat trzydziestych panował obowiązek opłacania wjazdu do miasta, na tzw. rogatce za „Wysoką Górą", później zaniechano tej daniny.

Wszystkie place, ulice i zaułki, zarówno Starego jak i Nowego Miasta, zapełniały się setkami furmanek konnych i naprędce organizowanych stoisk handlowych. Na wydzielonym placu, czyli na „targowicy" spędzano bydło, cielaki, kozy, owce, konie. Gwar, kwik, ryk, nawoływania sprzedających i oferujących swoje towary. Im kto wrzeszczał donośniej, tym skuteczniejsza była jego reklama.

Na rynku Nowego Miasta, na ustawionych wcześniej ławach, stołach i stoiskach nakrytych brezentem, rozkładali swoje towary przejezdni kupcy żydowscy. Wykładano tam zwoje materiałów ubraniowych, bawełnianych „cajgów" (materiał do szycia mocnych ubrań roboczych), płótna, perkale, aż po zwiewne i barwne lekkie materiały na odzież damską. Na stojakach z żerdzi wisiały uwiązane w pary buty, trzewik, buciki damskie i dziecięce. Jeszcze gdzie indziej zalegały większe przestrzenie wyroby ceramiczne: garnki i „ładuszczaki" z ciemnej gliny, żółtej, jasnej, miski, makutry, donice itp.

W ich sąsiedztwie piętrzyły się stosy sit i inny drewniany sprzęt domowy, toczone „makohony" karbowane magielnice, wrzeciona, krążele, łyżki drewniane i różne „kołotuszki", wreszcie wydrążone z pni drewnianych: niecki, niecułki, czerpaki, koryta. Obok nich różnorodne wyroby bednarskie, od najmniejszych kwart, po solidnie okute obręczami beczki na kapustę i ogórki.

Wśród tego wszelkiego dobra przedzierał się tłum kupujących lub czasem jedynie gapiów. Było to swoista promenada, gdzie można było spotkać znajomych, czasami z innej wsi, usłyszeć coś nowego, dowiedzieć się o wydarzeniach rodzinnych i politycznych. Tu młodzież nawiązywała znajomości i sympatie. Tu można też było kupić prezenty- jakiś pierścionek z oczkiem, dzieciom gwizdek lub trąbkę, drewniane „tarachajło" dla niemowlaka, wstążkę do warkocza znajomej dziewczynie lub po prostu kupić sobie bardzo smaczną bułkę „parkę" o niepowtarzalnym smaku, a gdy do tego jeszcze kawałek kiełbasy, wrażenia jarmarku osiągały swój szczyt.

W dwudziestoleciu międzywojennym we wsi mieszkały trzy rodziny żydowskie: Lejzora i Ryfki Parnasów, Chaima Adama i Małki Nussenbaumowej. Wszystkie trzy rodziny posiadały własne gospodarstwa rolne, przy czym do ciężkich prac polnych wynajmowali obcych. Wszyscy prowadzili sklepiki z artykułami codziennych po-trzeb, czyli jak mówiono w ich sklepach znajdowało się: „szwarc, mydło i powidło". Był więc cukier i nafta, gwoździe i śledzie, zeszyty i ołówki, ocet, atrament smar do osi pojazdów i pachnące mydełka dla elegantek wiejskich. Kupowało się za gotówkę i na „borg" czyli na kredyt, i za... jajka! Tak, przynosiło się kilka jajek i na zachęcające do kupne spojrzenie Ryfki, czy Małki, dzieciak recytował:
- Mamam kazali, abyście dali: mydła, drożdże i „pół machorki" dla tata.
Machorka to pospolity w tym czasie tytoń, sprzedawany w paczkach. Co uboższy palacz kupował jedynie połowę paczki.

Z czasem te formy handlu wypierał handel spółdzielczy: Kółka Rolnego i ukraińskiej „Kooperatywy". Żydzi opuścili wieś. Najpierw Małka Nussenbaum przeniosła się z synami do Załoziec, rodzina Parnasów osiedliła się w Złoczowie, gdzie już wcześniej mieszkała ich córka Dina. Do czasów wojny pozostał jedynie Chaim z córkami.
Na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej we wsi powstało kilka nowych sklepów, różnych branż, wszystkie w posiadaniu miejscowych chłopów. Był więc sklep bławatny Józefa Kusiaka Łokcia, sklep artykułów szewskich i skór - Józefa Wojtyny,