Zwyczaje ludowe - ubiór - zabudowa.
Dodane przez Kazimierz dnia Marzec 22 2008 21:17:35
Zwyczaje ludowe - ubiór - zabudowa - obrzędowość weselna


[źródło: Antoni Worobiec "Trościaniec Wielki - Wieś Ziemi Załozieckiej". Zielona Góra 1999, nakładem Koła Środowiskowego b. Żołnierzy Armii Krajowej ze wsi Trościaniec Wielki, z siedzibą w Zbąszynku]

Tak pisał śp. Antoni Worobiec:

Obrzędowość rodzinną, ubiór, pożywienie, charakter zabudowy, stosowane narzędzia pracy oraz zwyczaje ludowe ludności wiejskiej Kresów Południowo-Wschodnich, skrzętnie spisywał, w latach 1861-1880, Oskar Kolberg, niestrudzony badacz folkloru historycznych ziem Polski. Z zachowanej korespondencji wynika, że Oskar Kolberg odwiedził ponad 40 miejscowości w rejonie: Brzeżan, Złoczowa i Brodów, docierając do doliny Seretu. Bogate materiały z tych badań zamieścił O. Kolberg w dwutomowej monografii pt.: „Ruś Czerwona" (jej wznowienie ukazało się w 1976 we Wrocławiu, nakładem Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego). Mimo znacznego upływu czasu od bytności Oskara Kolberga w naszych stronach, mimo znacznych zmian cywilizacyjnych, dokonanych w tym zakresie - zwłaszcza po pierwszej wojnie światowej - wiele z tego, co opisywał, zachowało się w naszej wsi niemal do końca lat trzydziestych.

Ubiór:
W zakresie ubioru, za cechy specyficzne dla terenów podolskich, zarówno Oskar Kolberg, jak i inni etnografowie uznają przewagę białego płótna konopnego, lub lnianego, w bieliźniarstwie pościelowym jak i bieliźnie osobistej. Okres dwudziestolecia międzywojennego był w naszych stronach zdominowany przez te tkaniny. Szyło się bieliznę osobistą (koszule, kalesony) z białego płótna lnianego, używano go również do szycia pościeli, wykonywania ręczników, ścierek itp.

Bielizną osobistą i pościelową szyto ręcznie, według starego kroju, bez haftów, czy zdobnych wyszywań. Ludność polska nie uznawała kolorowych wyszywań, natomiast ludność rusińska (ukraińska) wyszywała je na sposób węgierski. W latach trzydziestych, coraz częściej szyto bieliznę maszynami; w tym czasie we wsi pracowało już kilkanaście maszyn krawieckich, najczęściej firmy „Singer", lub „Veritas".

Charakterystycznym ubiorem męskim na okres letni, zwłaszcza starszych mężczyzn, były spodnie, uszyte z grubego płótna konopnego, wiązane w pasie sznurkiem - tzw. „chołosznie". Do tego letniego zestawu należała zgrzebna koszula, noszona „na wypusk" oraz kapelusz słomkowy, o szerokim rondzie - najczęściej samodzielnie wykonywany przez jego użytkownika. W takim stroju chodziło się na co dzień, natomiast w dni świąteczne nakładano lnianą marynarkę zwaną „kitla".

Osobliwym reliktem starego stroju, opisywanego przez wielu etnografów, była opończa, zwana u nas „bundą". Była to odzież wierzchnia, uszyta z grubego samodziałowego sukna, barwiona różnymi odcieniami brązu, zdobiona lamówkami i wyszywankami (wokół kieszeni, kołnierza i na kapturze).
Opończe, opisywane przez etnografów, były typowym strojem polskiej ludności z terenu całej tarnopolszczyzny. W naszych stronach opończe wytwarzali doświadczeni krawcy z okolic Podhorzec, Oleska i Podkamienia.
"Bundy" zachowały się do ostatnich lat we wielu trościanieckich domach. Były bardzo praktyczne - nie przepuszczały wilgoci ani też mroźnych podmuchów wiatru - idealne do długich podróży w trudnych warunkach późnej jesieni lub ostrej zimy. Inną osobliwością stroju były kożuchy baranie, garbowane na różne odcienie brązu i czerwieni. Szczególnym pięknem odznaczały się kobiece kożuchy, o zgrabnym kroju, dopasowane w talii, bogato wyszywane na plecach, przy kieszeniach, mankietach i na piersiach. Taki zdobny kożuch, zwany „czemerką", był ważną częścią posagu zamożnej panny. Służył zazwyczaj przez długie lata, używany był odświętnie zimą, latem spoczywał na dnie skrzyni. W ostatnich latach przed drugą wojną światową pojawiły się krótkie kożuszki, lecz znacznie uboższe w kroju i wystroju.

Istotną rolę w garderobie damskiej spełniały chusty, chustki, chusteczki. Nazwy zależne były od ich wielkości i rodzaju tkaniny: były więc chusteczki letnie, najczęściej z delikatnej wełny białe, czarne, zdobione delikatnym wieńcem z drobnych kwiatów. Były chustki wielkiego formatu, na chłodniejszą porę roku, z grubej wełny, zdobione frędzlami, najczęściej o czarnym dnie. Polskie niewiasty unikały kolorowych chustek. Chustki kolorowe: zielone, czerwone, żółte nosiły zazwyczaj kobiety ukraińskie. Najistotniejszym elementem zdobniczym chustki na głowę był wieniec z kolorowych delikatnych kwiatów, zdobiący jej brzegi. Dobór wieńca wskazywał na gust i zamiłowanie estetyczne jej właścicielki, były tym elementem stroju, który podkreślał urodę kobiety.
Chusty na plecy były praktycznym okryciem, na każdą okazję. Były to w zasadzie duże pledy wełniane, ale o kwadratowych wymiarach, utkane z dobrej wełny, często nawlekanej, w formie supełków na jednolitym, najczęściej czarnym tle.

W okresie międzywojennym spotkać też można było, zwłaszcza u zasobnych starszych kobiet, bardzo oryginalne, szyte z dobrej wełny, rzęsiście upinane spódnice i nakładane na nie zapaski (far-tuszki). Ich krój, zdobnictwo, kolorystyka wskazywały na węgierskie pochodzenie.

Budownictwo:
Budownictwo wiejskie w Trościańcu Wielkim nosiło cechy architektury ludowej budownictwa, jaką spotkać można w opisach Oskara Kolberga i późniejszych etnografów.
Przeważającym typem domu mieszkalnego - chaty lub chałupy - była budowla o konstrukcji drewnianej, ściany wypełniały „bałabuchy" -mieszanina gliny, piasku i słomy (patrz - hasło „tłoka"), pokryta czterospadowym dachem słomianym, o poszyciu gładkim, niekiedy schodkowym. Grzbiet dachu umacniały „koźliny"- zbijane na krzyż żerdzie. Budynek na planie wydłużonego prostokąta, wejście usytuowane symetrycznie, po dłuższej ścianie. Wnętrza dwuizbowe, rozdzielone sienią i przyległą doń „komorą" - pomieszczeniem rodzaju "spichlerza", które z późniejszych czasach przekształciło się na kuchnię z paleniskiem
i piecem chlebowym. Stosowano najczęściej nazwy izb: duża izba, nazywana była „chatą", mniejsza - „chaciną", pomieszczenie środkowe, nazywane było „ganderubą".

W okresie międzywojennym miejscem przechowywania ziarna, produktów rolnych i zapasów na zimę był odrębny budynek, nazywany pospolicie „komorą"- czyli spichlerz, lub w niektórych rejonach - lamusem. Był to budynek drewniany, z grubych desek lub bali, często podmurowany, niekiedy podpiwniczony. Dach czterospadowy, często dwuspadowy, przed wejściem wypuszczony, tworzył podcienia, oparte na słupach. Ziarno przechowywano starym zwyczajem w cylindrycznych „sło-mianych naczyniach o znacznej pojemności (od 200 do 300 kg).

W naszych czasach ziarno sypano do „sąsieków"- drewnianych komór zbitych z desek - stąd nazwa całości „komora". Zboże w snopkach, siano lub słomę składano, poza stodołami, w stogach, stożkach - rzadziej w stertach. Były też w użyciu „brogi" - urządzenia z czterech słupów nośnych i zawieszony między nimi dach, przesuwany niżej lub wyżej, w zależności od potrzeb.
Stodoły, najczęściej drewniane, wolnostojące, sytuowano w pewnej odległości od budynku mieszkalnego, o dobrym dojeździe i wyjeździe dla wozów załadowanych zbożem. Był to budynek prostokątny, szerokofrontowy, trójdzielny o jednym klepisku glinianym w pośrodku i dwoma „sąsiekami" po bokach. Klepisko określano mianem „tok". Pomieszczenie dla krów, koni, świń, określano terminem "chlew"- nie stosowano określenia „obora". Często jednak, część wydzieloną dla koni nazywano „stajnią". W każdej zagrodzie spotykało się piwnice, które nazywano „loch" od niemieckiego „Loch" - dziura, otwór. Pierwotnie były to wykopy jamowe, czyli dół ziemny, nakryty konstrukcją dachową, drewniano - słomianą. W okresie międzywojennym, piwnice jamowe, zastąpiono ścianami i sklepieniem o konstrukcji beczkowej z kamienia białokiernickiego (wapień wydobywany w pobliżu wsi - Białokiernica). Mistrzem budowlanym, który opanował sztukę budowy sklepień kamiennych był majster -samouk, Józef Sołęga „Brodzki".

Zagrody otaczano płotem, zwłaszcza od strony drogi (ulicy wiejskiej). Typowym ogrodzeniem były płoty laskowe lub grodzone, najczęściej z chrustu leszczynowego lub grabowego. Bogatsze zagrody, w szczególności od strony głównej drogi, grodzono płotem sztachetowym, rzadziej parkanem.
Uwaga: stosowane tu nazewnictwo i określenia oparte na terminologii i opisach stosowanych w „komentarzach do Polskiego Atlasu Etnograficznego, Wrocław PTE, 1993.
Oskar Kolberg opisując zwyczaje ludowe, odwiedzanych regionów folklorystycznych, wymienia - „tłokę" - jako formę pomocy sąsiedzkiej, stosowanej podczas prac zespołowych.
Pisał on, iż:
- „właściciele zapraszają do żniwa albo budowy domu sąsiadów i krewnych, za co, po robocie sprawiają im muzykę i dają wódkę. Młodzież z ochotą wybiera się na te tłoki". Tę formę pomocy sąsiedzkiej stosowano powszechnie, zwłaszcza przy budowie chałupy lub innych zabudowań. Gospodarz - inwestor zwoływał więc, najczęściej młodych, ludzi, na określony dzień, kiedy na placu budowy stał gotowy, drewniany szkielet chałupy. Chodziło o zbiorczą pomoc przy „murowaniu" ścian „bałabuchami"- ulepionymi z mieszanej gliny, piasku i dobrej słomy.
W tym celu gospodarz zwoził do wykopanego wcześniej dołu glinę o dużej domieszce części ilastych, zapewnił sobie dowóz wody, najczęściej z pobliskiej rzeczki, ponadto słomę i dużą ilość drewnianych rygli. Kierownik budowy lub niekiedy starosta „tłoki" rozdzielał przybyłym prace, kierując np. dziewczęta do ugniatania gliny, lepienia „bałabuchów", chłopców do ich noszenia i podawania pod rękę, doświadczonym w sztuce budowlanej miejscowym specom. Oni to układali warstwami bałabuchy, ugniatali je wystruganymi z brzozowego drewna, ryglami, równocześnie gładzili lico ściany, dokładnie je uszczelniając. Przy wspólnym, zgranym wysiłku, ściany domu osły, tak, że pod koniec dnia, cały dom był olicowany. Na zakończenie tłoki, młodzież pośpiesznie robiła porządek na placu budowy, myła się i przygotowywała się do tańców. Na tę okoliczność gospodarz zapraszał zespół grajków, najczęściej sprowadzanych z pobliskiej Hnidawy lub Białokiernicy. Gospodarz tłoki częstował swych gości piwem, toczonym wprost z beczki. Tłokę kończono przed północą.

Popularnym w Trościańcu był zwyczaj, o którym wspomina też Kolberg, zwany: „doświdkami" - czyli wieczornice, zwłaszcza w długie zimowe wieczory dla przędzenia kądzieli. Na zaproszenie gospodyni schodzą się dziewczęta lub młode mężatki, każda ze swoją kądzielą. Siedząc przy jednym świetle naftowym, przędą, prowadzą ożywione rozmowy, czasami śpiewają, lub słuchają opowieści, zaproszonego na tę okoliczność ciekawego człowieka. Oskar Kolberg opisując ten zwyczaj dodaje, iż: „zbiegają i parobcy, dzielić te zabawy, albo im przeszkadzać".
Zwyczaj ten zachował się we wsi do czasów okupacji. Podczas okupacji sowieckiej, co sprytniejsi propagandziści partyjni usiłowali wykorzystać to spotkanie na czytanie „krótkiego kursu historii Partii Komunistycznej" lub omawiać nową konstytucję ZSRR. Z tych względów częstotliwość „doświdek" zanikała.