Religijność społeczności trościanieckiej.
Dodane przez Kazimierz dnia Marzec 22 2008 20:49:19
Religijność społeczności trościanieckiej



[źródło: Antoni Worobiec "Trościaniec Wielki - Wieś Ziemi Załozieckiej". Zielona Góra 1999, nakładem Koła Środowiskowego b. Żołnierzy Armii Krajowej ze wsi Trościaniec Wielki, z siedzibą w Zbąszynku]

Tak pisał śp. Antoni Worobiec:

Religijność społeczności trościanieckiej okresu międzywojennego cechowała się głębokim przywiązaniem do wiary ojców. Każdy kapłan cieszył się wysokim szacunkiem. Ksiądz był nie tylko powiernikiem w konfesjonale, ale też w każdej życiowej potrzebie. Księdza całowało się w rękę jak ojca. Każda niedziela i święto było naprawdę dniem świętym. W dniu tym nie było robót polnych, ani też w obejściu, żadnego handlu. Tak samo postępowano w dni świąteczne wspólnoty grecko-katolickiej. Nabożeństwo niedzielne było najważniejszym wydarzeniem tygodnia. Często, gdy w parafii było dwu księży, odprawiały się dwie msze święte. W opinii publicznej liczyło się jedynie uczestnictwo w sumie. Znikomy odsetek ludności nie wywiązywał się z tego obowiązku.

W kościele obowiązywał tradycją pisany porządek: kobiety, dziewczęta stały a starsze niewiasty siedziały po prawej stronie. Mężczyźni i chłopcy zajmowali miejsca po lewej stronie kościoła, od ołtarza aż po przedsionek. Przedsoborowy porządek liturgiczny nie przewidywał aktywnego uczestnictwa ludu bożego we mszy świętej. Kapłan odprawiał w języku łacińskim. Części stałe mszy śpiewał, podczas modlitw zmiennych odprawianych po cichu lud śpiewał stosowne dla danego okresu roku liturgicznego pieśni, wspomagany muzyką organową. Parafia miała szczęście do dobrych organistów, niektórzy z nich prowadzili chór przykościelny, roznosili opłatki bożonarodzeniowe, niemal wszyscy byli zżyci ze społecznością wiejską. Wierni, nieuczestniczący w modlitwach kapłana, od-mawiali prywatne modlitwy z książeczki, odmawiali różaniec czy też w milczeniu trwali w medytowaniu religijnym.

Przykazania Boże i kościelne były na ogół przestrzegane i właściwie rozumiane. Bardzo rzadkie były przypadki ciężkiego naruszenia życia, rozbojów czy śmiałych napadów rabunkowych .
Słaba była natomiast wiedza religijna, rozumienie nauk ewangelijnych. Ojciec Józef Bocheński, pochodzący z nieopodal położonej Ponikwy, tak charakteryzował religijność polską swojej młodości, pisząc we „Wspomnieniach" (wydawnictwo Philed, 1993). „Większość kaznodziejów wygłaszała podczas kazań uczuciowe tyrady, natomiast nie uczyli ewangelii".
Ważną rolę w tym zakresie spełniać zaczęło w połowie lat trzydziestych czytelnictwo prasy katolickiej. W tym czasie rozwinął się ruch wydawniczy O.O. Franciszkanów w Niepokalanowie. We wielu domach trościanieckich czytano, tuż przed wojną „Kalendarz Niepokalanej", „Rycerza Niepokalanej". Po 1935 roku pojawił się dziennik katolicki „Mały Dziennik", który kosztował jedynie 5 groszy. Wiele rodzin abonowało go, wypożyczało innym.

Znamiennym przejawem religijności były pielgrzymki odpustowe. Niezbyt odległe sanktuarium maryjne w Podkamieniu (18 km), było w tym czasie dla mieszkańców Podola i Wołynia tym czym dziś Jasna Góra dla całego kraju. W okresie międzywojennym, na uroczystości maryjne (2 lipca, 15 sierpnia, 8 września i inne), do cudami słynącego obrazu Matki Bożej Podkamieńskiej ciągnęły tysięczne tłumy od Lwowa i Złoczowa po Zbaraż, Tarnopol i Trembowlę.

Najczęściej grupy pątnicze, samorzutnie dobrane, wyruszały z Trościańca, podobnie jak i wielu sąsiednich wsi, w wigilię święta maryjnego. Chodziło o to, aby tego dnia uczestniczyć w uroczystych nieszporach. Ich charakterystycznym akcentem była procesja o bardzo bogatej scenografii. Przeżycie było wielkie, widowisko wspaniałe. W procesji kroczył długi orszak rodziny dominikańskiej, duchowieństwo obojga obrządków. Szły wszystkie stany świeckie. Poczesne miejsce w procesji zajmowali dziedzice okolicznych majątków ziemskich: Bocheńscy z Ponikwy, Cieńscy z Pieniak, Baworowscy z Kołtowa, Wolscy z Perepelnik. Wszyscy oni kroczyli za-zwyczaj w staropolskich kontuszach, z szablą u boku.

Późnym wieczorem pątnicy układali się do snu pokotem, gdzie było nieco trawy, tak jak w owym ewangelicznym kazaniu na Górze. Spało się też na furmankach i pod nimi, przy murach warowni podkamienieckiej i na murach, dziedzińcu i korytarzach klasztornych, gdzie zakonnicy gromadzili w tym celu posłania na słomie.
Od wczesnych godzin dnia odpustowego, cały ten tłum spieszył na rozległy dziedziniec przykościelny, aby ustawić się w długich kolejkach przy licznych konfesjonałach ustawionych w cieniu drzew, wysłuchać rannych mszy św., trochę rozejrzeć się w tłumie, pochodzić po tłocznym targowisku bud kramarskich, które kusiły dużą ilością łakoci, zabawek dla dzieci i dewocjonaliów.
Na koniec trzeba było uczestniczyć w uroczystej sumie, celebrowanej przez jakąś dostojność hierarchii kościelnej i wysłuchać, podniosłego zazwyczaj kazania.

Pobożni trościanieccy parafianie pielgrzymowali często na świętego Stanisława do pobliskiej Hnidawy, na uroczystości świętego Antoniego do Załoziec, oraz na świętego Michała do Olejowa.
Dorocznym świętem parafialnym był odpust na święto Najświętszego Serca Jezusowego, na zakończenie oktawy modlitw ku czci Bożego Ciała. Dzień odpustowy był też dniem integracji całej trościanieckiej wspólnoty, zarówno jego mieszkańców, jak i tych którzy wieś opuścili i zamieszkiwali bliższe i dalsze kolonie, czy parcele. Na odpust do Trościańca jeździli więc nasi rodacy mieszkający w Olejowie, Białogłowach, Łopuszanach, Załoźcach, Reniowie, Kutyszczach i Ratyszczach, na Moniłówce i Michałówce. Cały ten tłum zjeżdżał furmankami, we wczesnych godzinach, by uniknąć spiekoty czerwcowego dnia. Na każdym niemal podwórzu stały konne zaprzęgi odpustowych gości.

Na tę uroczystość przyjeżdżało paru księży z drugich parafii. Zasiadali w przenośnych konfesjonałach, w cieniu grabów przy ogrodzeniu kościoła i słuchano spowiedzi. Do spowiedzi z tej okazji garnęli się niemal wszyscy.
Tuż pod murem skarpy ogrodzeniowej kościoła, na obrzeżu drogi głównej wsi, stały budy kramarzy czyli przyjezdnych handlarzy, którzy wykładali na stołach, lub zawieszali na stojakach z żerdzi: dewocjonalia, zabawki, słodycze. Czasami przygrywała katarynka, dzieciaki głośno pogwizdywały na glinianych kogucikach i podziwiały różnorodne „bawidełka". A gdy zadzwoniono na sumę, cały tłum sunął w wielkiej ciżbie do wnętrza kościoła. Kto nie zdołał się docisnąć stawał na placu przykościelnym.

Suma była uroczysta. Bractwa liturgiczne występowały ze świecami i paramentami kościelnymi. Śpiewał chór kościelny, starannie przygotowany na tę uroczystość. Niekiedy zapraszano orkiestrę dętą z Podkamienia pod batutą pana Miklaszewskiego. Kazanie było podniosłe, a na zakończenie procesja z Najśw. Sakramentem trzykrotnie obchodziła kościół, przy donośnym biciu w dzwony.

Po owych wspaniałych przeżyciach religijnych każdy śpieszył do domu. Trzeba było powitać i ugościć zaproszonych krewniaków i przyjaciół. Owe spotkania rodzinne trwały do późnych godzin dnia odpustowego.
Religijność ludu Bożego trościanieckiej parafii zaowocowała stosunkowo licznymi powołaniami kapłańskimi. Zaraz po pierwszej wojnie światowej wyświęcony został ksiądz Józef Dajczak - późniejszy doktor filozofii i docent katechetyki (patrz: wybitni rodacy). Niedługo, tuż przed drugą wojną - ksiądz Piotr Olender, a tragicznego września 1939 roku - ks. Stanisław Kusiak. Kilka lat po zakończeniu drugiej wojny, już w trudnej rzeczywistości PRL święcenia kapłańskie otrzymał ksiądz Bernard Półtorak, urodzony jeszcze w Trościańcu.
Po nim przybyło społeczności kilku dalszych kapłanów, urodzonych co prawda na obczyźnie, z dala od rodzinnej wsi, ale w duchowej atmosferze religijnej wspólnoty trościanieckich rodzin: Hanczaruków, Kusiaków, Olendrów i Dajczaków.

Najwspanialszym zdarzeniem w życiu duchowym społeczności trościanieckiej na wygnaniu była konsekracja biskupia księdza Edwarda Dajczaka. Dokonał tego sam Ojciec Święty - Jan Paweł II 6 stycznia 1990 roku w wypełnionej po brzegi bazylice św. Piotra w Rzymie.